Saturday, October 21, 2017

Monstrancja

Przedwczoraj pisałem o nietuzinkowej kadzielnicy wykonanej przez naszego siedmiolatka, dziś chciałbym dołączyć do owego postu kolejną stworzoną rzecz: monstrancję. Nie wiem, czy to za sprawą mojego zachwytu kadzielnicą, czy przedwczorajszym różańcem przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, na którym byliśmy w parafii św. Jana Chrzciciela, zakończonego uroczystym błogosławieństwem właśnie Najświętszym Sakramentem, czy może wszystkimi poprzednimi tego typu błogosławieństwami, czy może jeszcze innym czynnikiem, w każdym bądź razie wczoraj, kiedy byłem w pracy, przyszedł mms od żony, a w nim zdjęcie, którego fragment zamieszczam poniżej. Mój komentarz był krótki:
- Brawo!!! :-)

I znów inwencja synka zaskoczyła zarówno żonę, jak i mnie. Podstawka z naciętej tekturki po zużytej rolce papieru toaletowego, włożone w nią przezroczyste, foliowe opakowanie na płytę CD (zakoszone z mojego biurka, bo płyta została w laptopie i zapomniałem w porę sprzątnąć opakowanie ;-) ), promienie wycięte z papieru i połączone przy pomocy kleju z foliowym opakowaniem i dodatkowo drewniany krążek, który od miesięcy gdzieś się przewracał w moim gabinecie. Jedyną podpowiedzią żony było usztywnienie całej konstrukcji. Zostało to wykonane przez włożenie do opakowania po płycie wyciętego prostokątnego kawałka tektury.

Efekt można jedynie podziwiać. :-D

Wielu z nas posyła swoje dzieci do przedszkoli, do szkół katolickich, które jak nigdy są potrzebne w dzisiejszych trudnych dla wiary czasach. Z reguły jednak w oferowanej edukacji realizują przede wszystkim świecki program nauczania z jakimiś, nierzadko zupełnie oderwanymi od owego programu, elementami katechezy. Mam nadzieję, że niniejszy post zachęci do jak najczęstszego wykonywania tego typu prac nie tylko w domu pod okiem rodziców, ale również na zajęciach lekcyjnych pod okiem pedagogów. Mogą one być wspaniałym wprowadzeniem do rozmowy z dziećmi o Bogu np. o Jego obecności w kawałku chleba. :-)




Thursday, October 19, 2017

Nietuzinkowa kadzielnica

Dziś zestaw mszalny naszego najstarszego syna wzbogacił się o kolejny element - kadzielnicę. Zanim napiszę cokolwiek więcej, na chwilę zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że jesteśmy znów siedmiolatkami. Że jesteśmy w naszych domach okresu dziecięcego i chcemy stworzyć, chcemy zbudować taką kadzielnicę. Z czego możemy ją zrobić? W jaki sposób? Jakimi narzędziami się posłużymy?
Gotowi na zamknięcie oczu?

Start!!!
...
ćwierć chwili
...
pół chwili
...
3/4 chwili
...
chwila minęła!

I jak? Pustka w głowie? Potrzeba więcej czasu? ;-) No to jeszcze raz: Start!
...
ćwierć chwili
...
pół chwili
...
3/4 chwili
...
druga chwila minęła!

Przyszedł do głowy już jakiś pomysł? Jak tak, to już za kilka zdań będzie go można skonfrontować z pomysłem naszego synka. Przyznam szczerze, że mi jakoś nie przyszło nic do głowy. Nasz siedmiolatek natomiast poradził sobie z tym zadaniem bezbłędnie i to w nietuzinkowy sposób. Z kuchni od mamy wziął pudełko po lodach. Z "pracowni" taty wziął taśmę malarską. Połączył te dwa elementy i powstała kadzielnica. Nie dość, że banalnie prosta, to jeszcze bardzo funkcjonalna! Wprawiona w ruch wahadłowy, naprawdę świetnie imituje prawdziwą. Jej zdjęcie zamieszczam na dole posta.

I teraz dwie sprawy...

Pierwsza to wyobraźnia dziecka, która nieskrępowana wyuczonymi szablonami zaskakuje nas rodziców = nas dorosłych na każdym kroku. Kadzielnica nie jest wcale odosobnionym przykładem. Postaram się wrzucać również inne. Dziś po prostu widok synka profesjonalnie trzymającego swoją kadzielnicę i kiwającego nią to w lewo, to w prawo, wprawił mnie w takie zdziwienie, że nie mogłem nie przelać tego na... papier. A jeszcze jak przed chwilą dołączył do tego maszerowanie dookoła dziecięcego stolika w swoim pokoju, to już w ogóle...

Druga to kwestia zafascynowania okadzaniem. Jak już swego czasu wspominałem, najczęściej zajmujemy w kościele pierwszą ławkę. Stamtąd doskonale widać co dzieje się na ołtarzu i wokół niego. Dzięki temu dzieci są w stanie zainteresować się tym, czy owym (nie ma tu jakieś reguły, co akurat przykuje ich wzrok). Przecież w pierwszych kilku latach życia z racji wieku, pełne skoncentrowanie na całej Eucharystii, czy jakimś nabożeństwie jest często fizycznie i psychicznie niemożliwe. Naprawdę nie mam pojęcia jak dziecku, które co niedzielę widzi przez godzinę jedynie plecy osób stojących, czy siedzących przed nim i w najlepszym przypadku ramiona i głowę kapłana, może podobać się Msza święta. Ile razy to wręcz współczuję dzieciom, które są w kościele karcone przez swoich rodziców za to, że z powodu znudzenia zaczynają "się wiercić". Spróbujmy sami choć raz iść do kina na film, którego fabułę nie do końca rozumiemy i zasłońmy sobie tak ekran, aby widzieć jedynie jego trzecią część. Ciekawe jak długo wytrzymamy bez ziewania. ;-)

Tak więc zachęcam, aby przełamywać się i siadać zupełnie z przodu. Nawet jak między nami a kolejną osobą w kościele będzie kilka ławek pustych. Nawet jak będziemy czuli na sobie wzrok wszystkich pozostałych wiernych. Nawet jak przyjdzie nam na oczach wszystkich znosić grymasy naszych dzieci, a nawet czasem przeżyć upokorzenie bycia rodzicem "niegrzecznych" dzieci.  Trudno. Nie od razu Rzym zbudowano. Bóg jednak na pewno dostrzeże nasze wysiłki i bardziej prędzej niż później będziemy zbierać tego dobre owoce. Owoce wyrosłe na naszym poświęceniu w wychowywaniu naszych dzieci do świętości.

Chwała Panu!

(Swoją drogą jak już padło słowo "niegrzeczne", to polecam mój pierwszy post na tym blogu: Mieć grzeczne dzieci - nie tego pragnę. Nie stracił nic ze swojej aktualności. :-D )


Saturday, September 23, 2017

Tato, zdarzył się cud

Gdyby napisać wszystkie działania Boga, które mają miejsce przez, w obecności i dla naszych dzieci, to po każdym dniu trzeba by spędzać chyba pół nocy, aby je opisywać. Ale to sprzed chwili tak mi się spodobało, że postanowiłem szybko je opisać.

Chodzi o dostrzeganie w naszym życiu codziennym owego cudownego działania Boga. I pisząc o działaniu Boga mam na myśli działanie, które być może jest za sprawą naszej ukochanej mamy Maryi, aniołów stróżów lub innych aniołów, patronów z chrztu i bierzmowania, świętych, dusz czyśćcowych, dzieci nienarodzonych... Każde bowiem ich działanie ma u źródła Boga i zawsze jest dla Niego - nigdy przeciw, bez wiedzy, czy w ogóle bez określonego celu.

Miałem do załatwienia pilną sprawę na mieście dziś rano. Wracam do domu i syn mnie wita w dość nietuzinkowy sposób:
- Tato, zdarzył się cud!
- Co takiego? - pytam, i syn zaczyna opowiadać. Bierze jakąś kolorowankę do ręki i pokazuje stając przy meblościance:
- Wczoraj jak sprzątałem, wziąłem tę książkę i chciałem ją włożyć na półkę. Było akurat miejsce, między książkami, więc próbowałem ją w nie włożyć, o tak... - i tu pokazuje jak to robił. - Ale nie mogłem, bo coś przeszkadzało. Patrzę, a tam dalej jest książeczka do odprawiania mszy świętej, której tak szukałem. To Pan Bóg sprawił cud, że ją znalazłem.

Przypadek? Jeżeli ktoś wierzy w brak istnienia Boga, to zdecydowanie tak. I wtedy jeszcze niech dołoży do tego przypadku całe tło do powyższego dialogu...

Syn lubi bawić się w odprawianie mszy świętej. Do tego używa książeczki do Eucharystii, choć na razie czytanie, powiedzmy eufemistycznie, nie idzie jeszcze zbyt dobrze. Ale książeczka musi być. Samą książeczkę kupiłem parę lat temu, już nawet nie pamiętam gdzie. Kojarzę jedynie, że zrobiłem to z tą myślą o synku, kiedy zauważyłem u niego takie zamiłowanie. Jakie były tego początki, może innym razem. No więc książeczka się zgubiła. Syn jej bezskutecznie szukał od dłuższego czasu. Właściwie to przeszukał już kilkakrotnie wszystkie potencjalne miejsca, gdzie zwykł chować książeczkę. Ostatnie poszukiwanie miało miejsce wczorajszego poranka. Szukał, prosił Jezusa o znalezienie i... nie udało się. I jak tu odprawiać mszę świętą bez tego elementu?

Po południu, gdy wróciłem z pracy, moim oczom ukazał się bałagan. A ponieważ wieczorem miałem zabrać syna na trening piłki nożnej, powiedziałem:
- Albo posprzątasz to wszystko, albo nie jedziemy.
Usłyszałem oczywiste marudzenie:
- Ale tato, przecież większość z tych rzeczy to nie ja porozwalałem.
- To prawda, ale ani z braciszkiem, ani z siostrami nie jeżdżę na treningi, więc to dobra okazja, aby nauczyć się, że każda rzecz wymaga wysiłku i nic nie ma za darmo. Oprócz miłości Boga, którą mamy za darmo - dopowiedziałem. Tę ostatnią prawdę bardzo staramy się z żoną podkreślać dzieciom, aby stosunków międzyludzkich nie przekładali na relacje z Bogiem.

I w ten sposób właśnie książeczka się znalazła. I przyznam szczerze, że byłoby trudno ją znaleźć, ponieważ, jak opowiadał syn, była dobrze schowana. Ma mniej więcej pocztówkowy format, a kolorowanki i inne książki, między którymi stała mają format A4 i A3.

No ale dla Boga, który z wielką miłością cały czas nas obserwuje, nie ma rzeczy niemożliwych. Tym bardziej, jak chodzi o taką rzecz. :-)



Saturday, September 16, 2017

O pokój na świecie - Ciebie prosimy...

Zdarzyło się w ostatni czwartek, albo środę (nie pamiętam dokładnie jak mam być szczery, ale to w sumie nieistotne), że na wieczorną mszę świętą poszliśmy sami z najstarszym synem. Usiedliśmy jak to mamy w zwyczaju w pierwszej ławce. Eucharystia została bardzo pięknie odprawiona, ale chciałbym napisać zaledwie o jej jednym fragmencie - modlitwie powszechnej.

Gdy przyszła kolej na ową modlitwę wiernych, kapłan poprosił, aby miała ona charakter spontaniczny. Innymi słowy, wierni, czyli my, mieliśmy sami wypowiadać kolejne prośby do Boga.
I tu dwa słowa wyjaśnienia:
Kościół, w którym miała miejsce celebracja ofiary Chrystusa, to była mała, drewniana kaplica zmartwychwstańców pw. Matki Boskiej Częstochowskiej (kto był w Dębkach na pewno kojarzy). Miejsce dość kameralne można by rzec. Zaledwie kilka ławek po obu stronach wąskiego przejścia pośrodku kaplicy.
Parę osób wypowiedziało swoje prośby zakańczając je wezwaniem: "Ciebie prosimy...".

Niemalże od pierwszej prośby syn szturchał mnie, abym pomodlił się także "o pokój na świecie". Ja i owszem, wypowiedziałem swoje intencje, ale jak chodzi o tę konkretną od syna, to chciałem, żeby on sam ją wypowiedział. Tym bardziej, że jak kojarzyłem, już na wcześniejszych rekolekcjach Domowego Kościoła bardzo chciał powiedzieć swoją intencję w podobnej sytuacji, ale jakoś zabrakło odwagi. Wtedy jednak były inne dzieci, które mówiły intencje. Było więc niejako łatwiej. Tutaj jedynym dzieckiem w kościele był on.

Objąłem syna i za każdym razem kiedy kolejne osoby kończyły słowami "Ciebie prosimy...", zacząłem go po cichu dopingować:
- Teraz Ty! Śmiało! Raz, dwa!
Ale ciągle słyszałem:
- Nie, ja się wstydzę. Ty tatusiu to powiedz...
Na co moja riposta była krótka:
- Ty.

I gdy po kolejnym szepcie zachęty wydawało mi się, że już nic z tego nie będzie, syn się przełamał i głośno powiedział jednym tchem:
- O pokój na świecie, Ciebie prosimy...
- Wysłuchaj nas Panie! - odpowiedziałem gromko z innymi.
Poklepałem syna w dowód uznania i szczerze uśmiechnąłem się do niego. Nie wiem kto był bardziej dumny - on, czy ja. ;-)

Gdy wróciliśmy do pokoju w domu rekolekcyjnym, opowiedziałem wszystko żonie, aby i ona mogła pochwalić naszego pierworodnego siedmioipółlatka za ten akt odwagi. A co! Niech chłopak pamięta, że jego zwycięstwa w przełamywaniu swoich barier, jego małe momenty chwały miały miejsce również w domu jego Niebieskiego Taty (a właściwie w tym konkretnym przypadku nawet Mamy)! A zawsze miło się wraca do miejsc, w których odniosło się jakiś sukces. Bo czy takie wypowiedzenie publiczne intencji nie jest sukcesem? Ilu z nas dorosłych w takiej sytuacji zdobyłoby się na odwagę oraz chęci i głośne wypowiedzenie swojej prośby wobec całego Kościoła? Ilu z nas zrobiłoby to w wieku siedmiu lat? ;-)


Friday, September 15, 2017

Na grzyby do Boga

Przedwczoraj opisywałem na przykładzie swoim i syna, jak dobre wspomnienia z dzieciństwa owocują w kolejnych pokoleniach. Wczoraj Bóg sprawił mi niespodziankę tego typu, że mogę dorzucić kolejny przykład do tematu "spadających jabłek nieopodal jabłoni".

Gdy byłem dzieckiem, w jesienne dni tata zabierał nas z bratem na grzyby. Właściwie to najczęściej bardziej jeździliśmy na te grzyby do znajomego leśnika niż chodziliśmy, ale po samym lesie, to istotnie trzeba było się nachodzić. Wczesnym rankiem następowała pobudka. Ubieraliśmy się, zabieraliśmy kalosze, kurtki i co tam jeszcze i jechaliśmy do lasu. A na miejscu każdy z nas w jedną rękę dostawał od taty koszyk lub siatkę na grzyby a w drugą... scyzoryk! (Dla małego chłopaka, to było coś! Tata dawał do ręki prawdziwy, ostry scyzoryk! Taki metalowy, składany. DLA DOROSŁYCH!) Szukaliśmy grzybów tak długo, aż nasze koszyki nie wypełniły się po brzegi. I ta tradycja grzybobrania była odkąd pamiętam, czyli gdzieś od wieku przedszkolnego. Potem jakoś to wszystko zanikło, choć wspomnienia pozostały, tak samo jak widza odróżniania grzybów jadalnych od trujących.

I wczoraj, z racji dość wietrznej pogody, zamiast cały dzień spędzać na plaży (bo tak się składa, że akurat jesteśmy nad morzem), postanowiłem wziąć dzieci na grzyby. Zabraliśmy kalosze do siatek i zamiast prosto na plażę, całą rodziną przeszliśmy się lasem wzdłuż wybrzeża. W jedną stronę szliśmy utartym szlakiem, natomiast podczas drogi powrotnej jedynie żona z najmłodszym synkiem przysypiającym w wózku wróciła tą samą ścieżką. My natomiast z najstarszym synem i obiema córkami zmieniliśmy buty na kalosze i zapuściliśmy się nieco w las. Wprawdzie nie mieliśmy ani żadnych siatek na grzyby, ani scyzoryków, ale też pas lasu nadmorskiego nie wyglądał w obfitujący w grzyby jadalne. Zresztą na pewno nie byliśmy jedynymi amatorami grzybów w okolicy... Tak sobie po cichu marzyłem, żeby choć jednego jadalnego grzyba udało się nam znaleźć...

Po drodze mijaliśmy wiele trujących okazów, jednak jadalnego ani widu, ani słychu. Z racji pierwszego naszego grzybobrania szliśmy gęsiego. Ja na początku, syn na końcu i dziewczyny w środku. Instrukcja była prosta - szukamy grzybów o brązowych kapeluszach. Kto znajdzie takowego, pokazuje tacie. Żeby zachęcić dzieci do uważnego szukania, przypomniałem grę, w którą bawiliśmy się z tatą - osoba, która pierwsza znajdzie jadalnego grzyba staje się królem grzybobrania. To całkiem nieźle poskutkowało. Co chwila słyszałem:
- Tato, czy ten grzyb jest jadalny?
- Nie, jego kapelusz jest bordowy, a ma być brązowy.
- Tato a ten?
- Nie, to muchomor - ma biały kapelusz.
- A ten?
- Niestety nie, ma taką pelerynkę przy trzonku, której nie powinien mieć.
- Tatusiu, a czy ten grzyb jest dobry?
- Nie. Jest mały i łudząco przypomina jadalny, ale te większe obok to ten sam rodzaj i po nich widać, że nie takich szukamy.
Nie wchodziłem w szczegóły jak odróżniać grzyby jadalne od niejadalnych. Skupiłem się na kształcie i kolorze kapelusza, co w zupełności wystarczyło.

Wreszcie znalazłem pierwszego małego podgrzybka brunatnego. Niestety był tak obgryziony przez ślimaki, że nie uznałem go jako nadającego się do miana króla grzybobrania. Napełniło mnie to jednak nadzieją, że nasz wypad do lasu nie będzie bezpłodny. Wkrótce potem wśród borówek znalazłem drugiego grzyba. Tym razem maślaka. Jego kapelusz prezentował się naprawdę dostojnie. Niestety i tym razem poza kapeluszem niewiele było do oglądania, ponieważ cały spód był kompletnie zjedzony przez ślimaki. Dziw, że w ogóle jeszcze utrzymywał się w pozycji pionowej. Znalezisko nie zostało uznane. Jednak po kilkudziesięciu kolejnych krokach natknęliśmy się na pięknego podgrzybka brunatnego, którego wypatrzył syn, stając się tym samym królem grzybobrania. Był z siebie bardzo, bardzo dumny. I faktem jest, że podgrzybek wyglądał niemalże jak borowik. Obfotografowaliśmy go dokładnie, ale ponieważ w wakacyjnych warunkach nie mielibyśmy co zrobić z tym pojedynczym trofeum, zostawiliśmy je na swoim miejscu (trochę jak wędkarze, którzy wypuszczają złowione okazy po uprzednim zważeniu, zmierzeniu i zrobieniu pamiątkowego zdjęcia).

Posuwając się dalej najstarsza córka wypatrzyła kolejny grzyb, stając się najszczęśliwszą grzybiarką na świecie. Tym razem był to podgrzybek złotawy, a właściwie złotopory. Piękny grzyb. I tym razem stał się przedmiotem naszej sesji zdjęciowej. I tym razem został pozostawiony dla jakiegoś innego grzybiarza.

Na sam koniec najmłodsza córka wypatrzyła jeszcze jednego malutkiego grzybka o brązowym kapeluszu. Podgrzybek brunatny był dobrze ukryty w mchu, lecz nie dość dobrze dla naszej córeczki, której udało się go wypatrzyć z czego również była bardzo zadowolona i dumna. I znów aparat w telefonie poszedł w ruch. Ostatni raz podczas tej leśnej wycieczki.

Grzybobranie można było uznać za w 100% udane. Wprawdzie wracaliśmy z pustymi rękami, ale naszym celem wcale nie było zebranie pełnych koszy grzybów. Chciałem po prostu zasiać zapał wśród dzieci do zbierania grzybów. Czynność ta bowiem jest i pożyteczna i jest okazją do kontemplowania Boga poprzez piękno przyrody, którą stworzył. Zresztą trudno nie widzieć w naszym grzybobraniu ingerencji boskiej. Najstarszy syn został królem, każdy znalazł jakiegoś grzyba, wszyscy byli bardzo zadowoleni, co przejawiło się m.in. bardzo entuzjastycznymi sprawozdaniami z tego zdarzenia, jakie dzieci przekazywały po wszystkim mamie. :-) Nie wiem, kto jest patronem grzybiarzy, ale dziękuję ci owy święty! :-)))

I w ten sposób być może rośnie kolejne pokolenie grzybiarzy w naszej rodzinie. A co wspólnego ze świętością ma to wszystko? Ano to, że ważne jest, aby budować z dziećmi międzypokoleniową więź na bazie elementów, które prowadzą do Boga. Nie kto inny, jak papież Jan Paweł II lubił chodzić po górach, ponieważ jak sam twierdził, kontemplowanie gór i górskich krajobrazów pozwala mu zbliżać się do Pana poprzez wychwalanie dzieł Jego rąk. Cisza lasu również skłania do tego, aby zatrzymać się na chwilę w pogoni za tyloma sprawami dnia codziennego i pomyśleć, co tak naprawdę ma wartość w perspektywie lat kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu, czy wreszcie całej wieczności.


  



Wednesday, September 13, 2017

Niedaleko pada ziarno fasoli od fasoli

Dziś taki szybki post po dłuższej przerwie, niejako "na rozgrzewkę", aby wrócić do regularnego pisania.

Wszyscy pewnie znamy to powiedzenie - "Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Chciałbym je rozszerzyć, albo może raczej przetransponować (o, jakie trudne słowo się wkradło ;-) ) na fasolę.

Lat temu jakieś trzydzieści znalazłem pod blokiem pewien kolorowy kamyk. Bardzo piękny, fioletowo-czarny. Gdy go pokazałem tacie, dowiedziałem się, że to nie kamyk, ale ziarno fasoli. Jak przed chwilą szukałem w internecie zdjęć nasion fasoli, to wydaje mi się, że to było to:
http://ladnydom.pl/Ogrody/56,113645,16642283,nasiona-fasoli,,2.html
albo to:
https://ogrodymaryli.com/index.php?productID=1451
W owym czasie mieliśmy ogródek działkowy, więc postanowiłem zasiać moje pierwsze nasiono. I do dziś pamiętam, że wcale nie było łatwo się pozbyć tak pięknego znaleziska. Przekonało mnie dopiero to, iż z tego jednego nasiona może wyrosnąć wiele strączków fasoli i jeżeli podejmę ryzyko, to tracąc jedno ziarenko mogę zyskać w efekcie ich bardzo wiele.

Tata wyznaczył na ten cel miejsce i mogłem zrealizować swoje plany. Wsadziłem ziarno do ziemi, podlewałem, pieliłem i po pewnym czasie... puściło dwa listki. Potem jeszcze dwa i jeszcze... Potem dodatkową gałązkę i jeszcze jedną... Potem trzeba było włożyć tyczkę, potem jeszcze jedną... i jeszcze jedną... i jeszcze jedną... Moja fasola wkrótce była największą rośliną na naszej działce (nie licząc winogrona). Jedno ziarenko wydało naprawdę obfity plon, który mogliśmy skonsumować podczas niejednego obiadu!

I jak napisałem, miało to miejsce około trzydzieści lat temu. :-)

Ostatnio natomiast dzieci przeprowadzały z żoną eksperyment z hodowlą fasoli. W skrócie:
- słoik wypełniony wodą
- zamiast zakrętki gaza trzymająca się na gumce recepturce
- na gazie parę ziaren "Pięknego Jasia".
Słoiki córek jakoś nie dotrwały do końca eksperymentu, natomiast u syna oba ziarna puściły i liście, i korzenie. Po kilku dniach małe roślinki były na tyle duże, że bez podpórki nie mogły utrzymać się prosto. Padła więc decyzja, aby zakończyć eksperyment. Syn jednak bardzo prosił, aby wsadzić roślinki do ziemi. Nie bardzo było mi to w smak, ponieważ w naszym małym ogrodzie nie ma warunków na tego typu hodowlę. No ale kiedy pochwalił się dziadkowi swoimi fasolami, usłyszał jak to "tata kiedyś sam zasadził fasolę i jaka olbrzymia wyrosła", więc... zasadziliśmy obie małe roślinki pod płotem. Ziemi było mało i do tego kiepskiego gatunku. Jakieś robaki zjadły im pierwsze liście. Na łodygach pojawiły się któregoś dnia mszyce. Po drodze okres wielkiego gorąca, a synkowi nie po drodze było codzienne podlewanie fasoli. I co? Pewnie zwiędły - mógłby niejeden pomyśleć. Nic z tych rzeczy! Teraz jedna wystaje już ponad płot, a druga pomimo pięknych strąków, nie przestaje ciągle obsypywać się nowymi kwiatami. :-)

Tak to już jest - jak błogosławieństwo Boga idzie z pokolenia na pokolenie dla tych, którzy się Go boją, tak historia, nawet ta wydawałoby się najbardziej banalna, lubi się powtarzać. :-D Niech więc nikogo nie dziwi umieszczony w Ewangeliach rodowód Jezusa Chrystusa. Każdy z naszych przodków ma na nas wpływ. A jak się dobrze przypatrzymy, to i w naszych historiach zobaczymy niejedno "ziarno fasoli", które padło niedaleko od fasoli. I chyba warto pamiętać, że to wcale nie "przypadek". :-)

PS. Właśnie sobie uświadomiłem, że zaledwie kilka dni temu syn wybrał na "chybił trafił" pierwszy rozdział Ewangelii św. Mateusza. A nie gdzie indziej jak tam jest właśnie to czytanie, o którym przed chwilą wspomniałem:
"Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. 
Dawid był ojcem Salomona, a matką była [dawna] żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. 
Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem." (Mt 1, 1-16)

Chwała Panu!






Wednesday, August 16, 2017

Śpiewać każdy może, a Maryja w górach pomoże

Zdarzyło się też podczas rekolekcji, że wspólnie całą grupą postanowiliśmy zdobyć Wielką Raczę. Ponieważ były to rekolekcje rodzinne, a wiele dzieci było jeszcze małych, pewnie większość by się nie zdecydowała na taką wyprawę. Jednak przy wzajemnym dopingu szczyt położony 1236 metrów n.p.m. był w zasięgu ręki.

Po dojechaniu kolumną samochodową na parking i opuszczeniu pojazdów, wszyscy skierowaliśmy się w stronę szlaku. Dzieci pierwsze, potem... cała reszta. Co można było przewidzieć, "peleton" rozciągnął się na dobre kilkaset metrów podczas tej wędrówki. Każdy sam nadawał sobie właściwe tempo. No chyba, że akurat prowadził dyskusję, wtedy krok trzeba było dostosować do rozmówców. Byli też i tacy, którzy musieli nieść swoje pociechy. I do owych odważnych należeliśmy my z żoną. Starsza dwójka pognała do przodu, natomiast młodszą trzeba było ponieść. I co innego jest nieść półtora-latka po parku, co innego w górach. Nie wspominając o trzy-i-pół-latce. A niestety nie mieliśmy ze sobą żadnej chusty do noszenia, ani nic takiego... :-(

No i od samego początku, od pierwszego podejścia, zdałem sobie sprawę, że będzie naprawdę krucho. I tak by było, gdyby z pomocą nie przyszła Boża Mama. Wprawdzie Duch Święty podsunął mi już wcześniej myśl, żeby zacząć się do Niej modlić... piosenkami... na głos... na donośny głos... na tak donośny głos, jaki tylko będę potrafił z siebie wydobyć. ;-) i taka modlitwa sprawiła dzieciom frajdę podczas jazdy samochodem, ale szlak górski to nie samochód. Stąd być może nie odważyłbym się ostatecznie na ten krok, gdyby nie dwie kwestie. Po pierwsze gdybym nie był pewien, że ludzie, z którymi wdrapuję się na szczyt, na pewno nie obrażą się z powodu tego typu śpiewu, a po drugie... A po drugie gdybym miał jakąś inną alternatywę. W sumie alternatywa była taka, żeby prosić co jakiś czas kogoś, aby pomógł nieść córeczkę. Jednak ta opcja zajęła kolejkę nawet za tą, żeby zrezygnować z wejścia na szczyt, a o zrezygnowaniu naturalnie nie było nawet mowy. Męska część czytelników pewnie bez trudu zrozumie moje przesłanki. I dalej już nie będę kontynuować tego wątku. ;-)

Tak więc wdrapując się na szczyt zacząłem ile sił w płucach śpiewać piosenki o Maryi. Jak mi się przypomniał hymn do Ducha Świętego, to śpiewałem hymn. Jak coś uwielbieniowego, to było uwielbienie na moich ustach. Jak następował zanik pamięci, z pomocą przychodziły... kolędy. Tak, tak - co jak co, ale kolędy przecież wszyscy znają! :-D Co więcej nikogo z grupy one nie dziwiły, ponieważ rekolekcje odbywały się w rytmie tajemnic różańcowych, a owego dnia rozważaliśmy czwartą tajemnicę radosną - Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni. Stąd wszyscy niejako trwaliśmy w Bożonarodzeniowych klimatach, nie wspominając o tym, że dzień wcześniej przyszedł do dzieci... święty Mikołaj! I to wcale nie jest żart! Wieczorową porą pojawił się święty biskup z Myry z laską biskupią w ręce, mitrą na głowie i workiem pełnym słodkich prezentów na plecach. :-)

Wracamy do opowieści... W śpiew od czasu do czasu włączała się niesiona córeczka, choć to zdecydowanie nie była jej skala dźwięku. Co ciekawe im bardziej byłem zmęczony, tym bardziej pomagał mi ów śpiew. Kiedy przestawałem śpiewać wręcz dostawałem zadyszki, a kiedy śpiewałem byłem w stanie zaśpiewać nawet długie wersy tekstu na jednym oddechu. Dlatego kończąc jedną piosenkę, od razu zaczynałem następną. Nie jestem w stanie logicznie wytłumaczyć tego zjawiska oprócz tego, że musiałem mieć pomoc z Wysoka. Wierzę, że to właśnie ukochana Maryja posyłała swoich aniołów, żeby nas wspierali. Pod pojęciem "nas" mam również na myśli moją żonę oraz pozostałych uczestników wycieczki. Niektórzy z nich wprost oznajmili, że ten śpiew niósł także ich. Żona natomiast później przyznała się, że miała w pewnym momencie taki kryzys, że myślała, że już nie pójdzie ani kroku dalej. Ale ponieważ moc w słabościach się doskonali, nie dość, że z Bożą pomocą przezwyciężyła ten stan, to jeszcze weszła przede mną na szczyt.

A jak już poruszyłem temat niesienia, to dźwięk wyśpiewywanych piosenek musiał nieść się naprawdę daleko. Miejscami bowiem szliśmy zboczem góry, przy której rozciągała się obszerna i piękna przełęcz. W sam raz, aby wzmocnić wszelkie dźwięki. Ale co tam, być może to była najpiękniejsza chwała jaką oddałem Bogu w moim życiu? Na pewno najgłośniejsza! Przerywana od czasu do czasu jedynie pozdrowieniem kierowanym do wędrowców mijających nas z naprzeciwka:
- Szczęść Boże!

Była to jednak nie tylko chwała, ale też piękne świadectwo wobec dzieci, że tata nie tylko jest w stanie głośno krzyczeć, kiedy Polacy zdobywają bramkę, ale również potrafi wykrzyczeć Bogu i Maryi: "Kocham Was!", właśnie poprzez śpiewanie piosenek. A może któregoś dnia i one zrobią to samo w tej, czy w innej formie?

Na koniec podzielę się pewną refleksją. Ta wycieczka uświadomiła mi, że rodzinne zdobywanie szczytu jest swego rodzaju symbolem wychowywania dzieci. Im młodsze dziecko, tym więcej pomocy oczekuje i potrzebuje. Im starsze, tym okazuje więcej samodzielności. Jednak do końca trzeba być w pobliżu, aby móc odpowiednio i w porę zareagować, kiedy na rozstaju dróg dziecko obierze zły kierunek. Ale co najważniejsze, należy swój trud oprzeć na aniołach, na świętych, na Maryi, na Bogu. Wcale nie będzie go mniej, ponieważ droga na szczyt pozostanie taka sama, ale stanie się ona znośniejsza, lżejsza, przyjemniejsza...

Mamy z żoną czwórkę dzieci i nie powiem, żeby było jakoś szczególnie łatwo, ale nie znajdziecie na moim, albo żony fejsbuku wpisów ociekających goryczą, czy żalem jak to jest ciężko trwać w małżeństwie, czy rodzicielstwie. Dlaczego? Ponieważ potrafimy czerpać z tych ról mnóstwo radości. Oczywiście moglibyśmy się skupić jedynie na trudzie, tylko po co? Wolimy raczej jak podczas górskiej wędrówki zwalczać go modlitwą oraz śpiewem. I wtedy jeszcze znajdujemy w sobie ochotę żeby chwycić się za ręce, popodziwiać rozpościerające się dookoła widoki, uśmiechnąć się do wyprzedzanych albo wyprzedzających nas osób, pozdrowić idącego z naprzeciwka, a nawet zachwycić się pięknem przyrody, ot choćby przelatującego nad nami motyla.

Z Bogiem i przy Bogu to naprawdę jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zacząć w to wierzyć i zaufać Panu. On stworzył cały świat jedynie dla nas. On doskonale zna każde swoje umiłowane dziecko, zanim jeszcze zostanie poczęte. On jest w stanie wyprowadzić człowieka z każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji tylko dlatego, że kocha nas do szaleństwa i chce byśmy byli z Nim szczęśliwi na wieki. On jest wszechmogący, więc wszystko jest w stanie uczynić, ale... ale w swej nieskończonej miłości dał nam - ludziom wolną wolę i teraz to tylko od nas zależy, czy włożymy nasze dłonie w Jego dłoń, czy nie. Czy damy Mu się poprowadzić optymalnym szlakiem, czy na własną rękę będziemy szukać drogi na szczyt. Czy pozwolimy Mu poprowadzić nasze rodziny, czy zaczniemy realizować własne plany wobec nich. Czy wreszcie będziemy trwać w kłamstwie szatana przyjmując maski zadowolonych z tej imitacji życia jakie on oferuje wmawiając nam jednocześnie, że życie przy Bogu jest nieszczęśliwe, czy może pozwolimy, aby w naszym życiu wypełniła się wola Boża i aby stając się posłusznymi narzędziami w ręku Boga nie tylko sami byli szczęśliwi, ale również zachęcali innych do zanurzenia się w tym Bożym szczęściu już tu na ziemi.