Tuesday, August 15, 2017

Podzielić się, czy się nie podzielić? - o to jest pytanie...

Jeszcze z rekolekcji...

Któregoś dnia zeszliśmy do kaplicy domu rekolekcyjnego całymi rodzinami. Już nie pamiętam jaki był powód. Raczej nie msza święta. Może jakieś nabożeństwo, może jakaś pogadanka... W każdym bądź razie chwilę wcześniej żona przygotowała dzieciom jabłka. Ostrugała, pocięła na ćwiartki bodajże i włożyła do miseczki. Ale dziewczyny nie zdążyły zjeść, więc wzięły do kaplicy miseczkę z zawartością. No i sobie jadły chowając się gdzieś na klęcznikach przy ławkach.

W pewnym momencie kątem oka zauważyłem, że malutka córeczka małżeństwa siedzącego za nami też miała ochotę na kawałek. Jednak nasza najstarsza pięcioletnia córka trzymając miseczkę w ogóle nie zwracała na to uwagi. Gdy dałem jej znak, żeby się podzieliła, tylko zmarszczyła brwi w geście niezadowolenia z tej propozycji.

Wkrótce okazało się, że to już koniec spotkania i po chwili wszyscy opuścili kaplicę. My również. Gdy przyszliśmy do pokoju poruszyłem z córką temat dzielenia się. Wytłumaczyłem, że dziewczynka miała ochotę na jabłko i że podzielenie się było pożądanym zachowaniem.Wszystko bowiem co mamy otrzymujemy od Boga, a Bóg obdarzając nas darami, chce z kolei abyśmy my także potrafili się nimi dzielić z innymi. W ten sposób sprawiamy komuś radość, a jednocześnie zdobywamy sobie skarb w niebie. Wtedy Maryja w sposób szczególny się do nas uśmiecha, a Jezus jest z nas bardzo dumny!

W końcu niechętnie, bo niechętnie, ale córeczka dała się przekonać, że jednak warto było się podzielić. Powiedziałem, że nic straconego, wziąłem ją za rękę i skierowaliśmy się do pokoju, gdzie mieszkała owa dziewczynka ze swoją rodziną.

Gdy byliśmy pod ich pokojem delikatnie zapukałem. Gdy otworzyła nam mama, pokrótce wytłumaczyłem, iż to w nawiązaniu do sytuacji w kaplicy. Że córka wprawdzie nie chciała się podzielić, ale już chce. Zawołano dziewczynkę, która przyszła i nieśmiało wzięła sobie kawałek jabłka. Uśmiechnąłem się, podziękowałem mamie, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do pokoju. Po drodze jeszcze zapytałem córeczki:
- I co, fajnie się jest dzielić?
- Tak fajnie - odpowiedziała, ale zaraz dodała - ale tylko z małymi dziećmi. Bo duże biorą po trzy, albo cztery, albo po więcej.

Tak sobie pomyślałem, że rekolekcje to bardzo owocny czas nie tylko duchowo, ale też socjalnie. To spotkanie grupy ludzi starających się żyć "przy Bogu", w której można poczuć się swobodnie i bez zbędnej krępacji przeprowadzić taką lekcję, jaką opisałem powyżej.

Z drugiej strony dały mi do myślenia słowa córeczki. Przyznam, że na początku wydały mi się nawet zabawne. Ale potem zacząłem się zastanawiać skąd to poczucie u dziecka, że osoba poczęstowana mogłaby zachować się w ten sposób. Może sama tak robi? A może ktoś kiedyś tak jej uczynił i to poczucie niesprawiedliwości zostało jej w sercu do dziś?

Postanowiłem sobie, że będę baczniej przyglądał się co się dzieje, jak któreś z naszych dzieci częstuje czymś kogoś (najczęściej inne nasze dziecko) i jeżeli zobaczę niewłaściwe zachowanie, to natychmiast zareaguję, co by nie dawać diabłu pożywki owego poczucia niesprawiedliwości, które jak się właśnie przekonałem, zły duch w łatwy sposób obraca u dziecka w niechęć do dzielenia się w ogóle.



Monday, August 14, 2017

Uzupełnienie rachunku sumienia przez dziecko

Jeszcze przez chwilę pozostańmy w temacie spowiedzi.
Muszę cofnąć się jednak do czasu rekolekcji, czyli dwa tygodnie z hakiem. Chcę bowiem zwrócić uwagę na pewien fakt, który miał wtedy miejsce, a o którym warto chyba napisać.

Jednym z dni rekolekcyjnych był dzień spowiedzi. Mieli przyjechać do nas dodatkowi kapłani, aby każdy w spokoju mógł się wyspowiadać. I nie w formie "nie wiadomo kto" w konfesjonale, "nie wiadomo kto" po drugiej stronie kratek, ale w formie otwartej i przyjaznej rozmowy twarzą w twarz. Tak, aby jak najbardziej móc poczuć, że to sam Jezus spotyka się z nami w sakramencie pokuty i pojednania i niejako zasłania się jedynie kapłanem.
I tu dygresja:
W wolnej chwili polecam zapoznać się z wizjami współczesnej mistyczki - Cataliny Rivas z Boliwii dotyczącymi m.in. spowiedzi świętej. Tam jest to wszystko bardzo plastycznie opisane: https://www.youtube.com/watch?v=QGd_vkCFkK0

Gdy dzień spowiedzi nadszedł, wziąłem do ręki kartkę papieru, ołówek i linijka po linijce zacząłem spisywać swoje przewinienia i zaniedbania. Gdy już wydawało się, że lista jest pełna, przeprosiłem żonę za wszystkie złe sytuacje, które były uwzględnione na kartce, a których byłem powodem. Właściwie jedynie dla formalności zapytałem, czy może o czymś zapomniałem, spodziewając się usłyszeć tę jedyną słuszną odpowiedź na postawione pytanie - Nie. Okazało się jednak, że lista wcale jeszcze nie była kompletna. ;-)

I teraz zwrot akcji. Przyszła mi myśl, żeby także do syna skierować pytanie o to samo. Wprawdzie nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale skoro akurat leżał obok na łóżku, to dlaczego przynajmniej nie spróbować? Zapytałem więc:
- Co tata źle robi?
- Tata krzyczy. - usłyszałem odpowiedź.
- Co jeszcze?
- To tyle, więcej nie mam.
Dopisałem więc do listy i ciągnąłem temat:
- A że daje reprymendki?
- To jest dobre, bo przez to nie mamy grzechu.
Ta odpowiedź tak mnie zaskoczyła, że wręcz zanotowałem ją sobie na kartce (stąd teraz mogłem ją po prostu przepisać w niezmienionej formie). Zresztą cały dialog od razu zapisałem. :-) Syn po chwili namysłu dodał:
- Albo to też zapisz.
I znów nastąpiła chwila namysłu.
- Albo nie. Zapisz raczej, że potem nie jesteś miły bo powinieneś się potem do nas uśmiechnąć.
Słuszna uwaga - stwierdziłem dopisując do listy, która wreszcie była kompletna. Problemem dla syna wcale nie była reprymendka sama w sobie, jak niesłusznie przypuszczałem, ale sposób jej dawania...

Przytuliłem synka dziękując mu za pomoc i przepraszając. Kolejny raz przepełniała mnie duma z jego dziecięcej mądrości i szczerości, a jednocześnie wdzięczność wobec Boga, że obdarzył mnie tak wspaniałą rodziną. Chwała Tobie Panie i na Twoją chwałę Panie!

A swoją drogą popatrzyłem na dość rozbudowaną listę i pomyślałem sobie - Co tu dużo gadać, będzie nad czym pracować! ;-)



Sunday, August 13, 2017

Boże natchnienie z ust dziecka

Ot taka dzisiejsza historia...

Jesteśmy całą rodziną na Pasierbcu w Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. Po prostu "tak się poskładało", że na trzy dzisiejsze msze święte, które mieliśmy w planach, jakoś nie wyrobiliśmy się. (Jak są takie sytuacje, coraz częściej jestem w stanie opanować swoje zdenerwowanie i zmienić je w ciekawość - Co dla nas dziś szykujesz Panie?)
Ale wracając do opowiadania, czekam na rozpoczęcie Mszy św. siedząc w pierwszej ławce z najstarszą dwójką dzieci. Żona z najmłodszą dwójką spaceruje gdzieś przy kościele. W pewnej chwili syn mnie ciągnie za rękaw marynarki i mówi pokazując na konfesjonał:
- Idź tata do spowiedzi.
Zdziwiony tą propozycją, niemalże odruchowo odpowiadam:
- Nie no, tak nie można sobie po prostu iść do spowiedzi. Trzeba się do tego przygotować i w ogóle...
Nasz siedmiolatek niby przyjmuje tę odpowiedź, ale chyba nie do końca mu ona pasuje. Ja natomiast zaczynam dostrzegać konfesjonał, w którym siedzi kapłan i czeka na penitentów. I mam normalnie deja vu. Przypominam sobie sytuację z niedalekiej przeszłości (nie dalej jak sprzed paru miesięcy), kiedy syn podobnie mi powiedział i ja zignorowałem jego wskazówkę. Zignorowałem, a potem żałowałem, bo w tamtym okresie nie było już żadnej tak "dogodnej" okazji do przyjęcia sakramentu pokuty i pojednania. No i powoli zaczynam się przełamywać:
- W sumie to nie ma kolejki... Ostatni raz spowiadałem się jakoś dwa tygodnie temu... Przecież chciałem się spowiadać częściej niż raz w miesiącu, a tu nadarza się po temu okazja... Swoje grzechy w miarę pamiętam, a przynajmniej jestem w stanie wymienić te, które najbardziej ciążą mi na sercu... Dlaczego więc nie oddać ich Panu Jezusowi tu i teraz? A jeżeli ta prośba syna jest znów z natchnienia Ducha Świętego?

Ponieważ akurat była modlitwa za zmarłych, klęczałem. Dzięki temu bez zmiany pozycji zrobiłem sobie szybki rachunek sumienia, jednocześnie próbując ułożyć w głowie "scenariusz" wyznawania win. Trwało to jakieś parę minut, po czym wstając wyszeptałem do dzieci:
- Zostańcie w ławce, ja idę do spowiedzi. Jak się wyspowiadam, wrócę do was.
Dzieci pokiwały głowami i posłusznie pozostały w ławce do mojego powrotu. Ja z kolei poszedłem w stronę konfesjonału.

Niestety, albo i "stety", w międzyczasie uprzedziły mnie dwie osoby, stąd moja spowiedź nieco opóźniła rozpoczęcie mszy świętej. Spowiednik bowiem był jednocześnie koncelebransem. Piszę "nieco", ponieważ spowiedź była krótka, konkretna i na temat. Rozgrzeszenie podobnie. Idealnie wręcz do tych okoliczności. I skłamałbym, gdybym napisał, że "jak zwykle". ;-)

Całe natomiast to zdarzenie przypomniało mi, że Bóg wcale nie wymaga od nas abyśmy ofiarowywali mu jedynie rzeczy przygotowane na 100%. Te dopieszczone do ostatniego szczegółu. Jak to się mówi: "że mucha nie siada". On nas doskonale zna. On zna naszą sytuację. On przenika przyszłość. Stąd daje nam sposobności, aby składać mu takie dary, na jakie nas w danej chwili stać. I żeby nie zrozumieć mnie źle. Tu nie chodzi o to, żeby teraz na różnych płaszczyznach obniżać sobie poprzeczkę stwierdzeniem: "Bóg jest wyrozumiały, nie obrazi się" i np. nie założyć najlepszego garnituru na niedzielne spotkanie z Nim. Absolutnie nie! Chodzi o to, że, pozostając w przykładzie ubioru, jak, dajmy na to, w tygodniu przechodzimy obok kościoła, gdzie właśnie kapłan rozpoczyna odprawianie mszy świętej i przyjdzie Boże natchnienie - "Wejdź, czekam tu na Ciebie.", a my jesteśmy ubrani "po codziennemu", to żeby nie ulec szatańskiej pokusie myślenia - "w takim stroju to mi nie wypada" i nie przejść dalej, ale po prostu wejść i uczestniczyć w najświętszej Eucharystii. W ten sposób wypełnimy Bożą wolę, która przyszła do nas niczym łagodny powiew do Eliasza (z dzisiejszego pierwszego czytania z Pierwszej Księgi Królewskiej).

A gdy Pan obdarzył nas już dziećmi, spodziewajmy się, że posłuży się właśnie nimi, aby przekazać nam swoją wolę. Bylebyśmy potrafili wychwycić ten szmer łagodnego powiewu wśród wichury, trzęsienia ziemi, czy ognia. A kiedy już go usłyszymy i kiedy uda nam się go wypełnić, z pewnością uradujemy tym nie tylko Boga, ale też nasze dzieci. A one z kolei, gdy poczują się tak bardzo docenione, będą z coraz większą ochotą nasłuchiwać kolejnych Bożych natchnień w swych serduszkach. Czyż nie jest to jeden z elementów wychowywania do świętości?



Thursday, July 27, 2017

Niespodzianka od Niebieskiej Mamy

W chwili pisania tego postu, następujący wpis można znaleźć na internetowej stronie sanktuarium rychwałdzkiego:

Bogu niech będą dzięki!
23 lipca 2017 roku podczas mszy św. o godz. 11.00 dziękowaliśmy Bogu za dar nadania naszej świątyni tytułu bazyliki mniejszej. W imieniu papieża Franciszka oficjalnie dokonał tego w Rychwałdzie kardynał Robert Sarah, prefekt kongregacji kultu bożego i dyscypliny sakramentów.

Dwudziestego trzeciego lipca miało miejsce podwyższenie rangi sanktuarium rychwałdzkiego do bazyliki mniejszej, a dzień później mieliśmy możliwość celebrowania rekolekcyjnej Eucharystii w tamtym miejscu. Co więcej dzięki zrządzeniu Bożemu akurat tego dnia wypadło mi służenie do mszy świętej (tę służbę codziennie wypełnia dwóch mężczyzn nie wliczając ministrantów i lektorów). Tak więc pierwszy raz mieliśmy okazję wspólnie z synem stanąć przy ołtarzu Pańskim. Tata, który rozkładał kielich i syn, który podawał kapłanowi wodę do obmycia rąk. Muszę tutaj wyznać, że po cichu marzyłem sobie, że nadejdzie dzień, że tata i syn ramię w ramię staną do służby. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to tak szybko. Raczej wyobrażałem sobie, że będzie to mieć miejsce w naszym kościele parafialnym. Przez myśl mi nie przeszło, że odbędzie się to w tak cudownym miejscu poświęconym Matce Bożej. I to w dzień po przyznaniu mu najwyższego tytułu jaki może otrzymać budynek sakralny! (Poza bazylikami w Rzymie.)

Tak to już jest, że synowie lubią naśladować swoich ojców w tym co robią. Świadomie, nieświadomie, podświadomie... Jak pięknie kiedy to naśladowanie zbliża do Boga. Wtedy otrzymuje się prezenty takie jak ten, który właśnie opisałem.

I nawet jak w służeniu syna więcej było rozproszenia, niż skupienia, i nawet jak jego głowa częściej odwrócona była w kierunku ludzi, niż w stronę ołtarza, i nawet jak jego postawa nie w pełni oddawała szacunek temu, co miało miejsce w prezbiterium, to wszystko nieważne. Tego dnia po raz pierwszy wspólnie świętowaliśmy śmierć i zmartwychwstanie Pańskie w taki sposób i to wydarzenie nie mogło nie zostać zauważone w niebie.

Chwała Panu!


Monday, July 24, 2017

Biskupa trzeba przytulić

Zdarzyło się, że parę dni temu odwiedził nas nowo mianowany biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej - Andrzej Przybylski. Te odwiedziny wpisują się w jego słowa: "Chciałbym wiele czasu spędzać w parafiach naszej archidiecezji, żeby modlić się i ożywiać ducha wspólnoty i ewangelizacji w parafiach." Wprawdzie na rekolekcjach nie tworzymy parafii, ale zdecydowanie jesteśmy wspólnotą, która chce być ewangelizowana i uczyć się jak ewangelizować.

Cała wizyta odbyła się w bardzo miłej i serdecznej atmosferze. Ksiądz biskup m.in. odprawił dla nas mszę świętą i wygłosił piękne kazanie, w którym dziękował nam za dawanie świadectwa światu trwania przy Bogu. I to właśnie trwania w rodzinach - tej komórki, którą w dzisiejszych czasach szatan tak bardzo atakuje i próbuje zniszczyć wszelkimi sposobami.

Czym chciałbym się jednak podzielić, to dwoma wydarzeniami.

Pierwsze to to, że zaraz po przyjeździe biskupa mieliśmy z nim "luźne" spotkanie, na którym dzieliliśmy się swoimi wrażeniami. Biskup z nowej misji w Kościele, którą od niespełna miesiąca pełni, my - wrażeniami z rekolekcji i życia codziennego. Okazało się, że to spotkanie jest jedynie dla rodziców, a dzieci mieliśmy zaprowadzić do diakonii wychowawczej. Jakoś umknął nam ten fakt i byliśmy przekonani, że to spotkanie z biskupem jest dla całych rodzin. Efektem tej "pomyłki" nasz najstarszy syn jako jedyny został z nami (pomijając maluchy, które zawsze są przy rodzicach). Wykorzystał ten fakt w ten sposób, że wgramolił się na kolana biskupa, a ten założył mu na głowę swoją piuskę. Wzbudziło to ogólną wesołość i przełamało pierwsze lody w dyskusji, która zaczęła się właśnie od wyjaśnienia symboliki tego biskupiego nakrycia głowy.

Drugie wydarzenie miało miejsce na samym końcu, po obiedzie, który zjedliśmy wszyscy wspólnie z biskupem w naszej rekolekcyjnej stołówce. Na pytanie biskupa - Czy zawsze macie takie dobre jedzenie, czy tylko kiedy biskup przyjeżdża?, odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą - Zawsze. Jedyną różnicą były obrusy, które pojawiły się tego dnia na stołach.

Więc po wspomnianym obiedzie, gdy miałem na ręce naszą młodszą córkę chcąc zanieść ją do pokoju, tak się złożyło, że szliśmy naprzeciwko biskupa. Usłyszałem, jak córeczka mówi:
- Biskupa ceba psytulić.
Tak mnie to rozbawiło, że podszedłem do księdza Andrzeja i powtórzyłem mu prośbę córki. Ten uśmiechnął się, wziął ją na ramiona i czule przytulił, a córeczka na dowód moich słów jeszcze raz powtórzyła będąc w ramionach biskupa:
- Biskupa ceba psytulić.

I tak sobie pomyślałem, jak pięknie Duch Święty działa przez nasze dzieci. To przytulenie się do biskupa maleńkiej trzylatki stało się dla mnie bardzo wymownym symbolem. Symbolem jak wielką troską powinniśmy otaczać naszych arcypasterzy, aby potrafili prowadzić Kościół w mocy Bożej i zgodnie z Jego wolą. To oni przecież są w pierwszej kolejności odpowiedzialni za nasze diecezje.

W ramach tej troski, zachęcam więc wszystkich do włączenia się w apostolat margaretek - cyklicznej modlitwy za kapłanów w gronie siedmiu osób. Niech nasze wierne trwanie w tym dziele, wspomaga ich jakże odpowiedzialną pracę.


Saturday, July 22, 2017

Ochraniać Pana Jezusa

Wczoraj był dla naszego siedmiolatka ważny dzień. Po raz pierwszy służył do mszy świętej i miał jakąś funkcję. Wcześniej, ubrany w komżę, służył parę razy do mszy świętych, które raz w miesiącu odbywały się w kaplicy przy przedszkolu. Jednak wtedy służenie nie wiązało się z żadnym dodatkowym zadaniem poza przejściem w procesji na wejście, na zejście, a pomiędzy - siedzeniem w prezbiterium. Tym razem było inaczej. Otrzymał polecenie od kleryka zajmującego się ministrantami, aby podjąć służbę pateny.

Przejęty, pytał się mnie w pokoju:
- Tatusiu, a jak się skończy, to gdzie mam odnieść patenę?
- Spokojnie, kapłan weźmie ją od ciebie.
- Aha.
- A wiesz jak trzymać patenę?
- Wiem, tak - i tu pokazał jak to się robi.
- Pięknie! A wiesz po co jest patena?
- Tak, żeby komunikant nie spadł na ziemię.
- Dokładnie, ale nie tylko. Chodzi również o to, aby żadna cząstka Pana Jezusa nie upadła na ziemię. Stąd patenę trzeba przez cały czas rozdawania Komunii świętej trzymać poziomo i jej nie przekręcać. - tłumaczyłem pokazując na przykładzie kartki papieru, jak spada z niej różaniec, gdy się ją przekręci podczas opuszczania.

Gdy zbliżał się czas Eucharystii, syn ubrał się, założył komżę i przed nami wszystkimi wybiegł z pokoju. Zdążyłem mu jeszcze tylko przetrzeć na szybko buty, mając w pamięci jak sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki dbał, aby jego ministranci mieli wypastowane buty, gdy służyli przy ołtarzu. Gdy zaczęła się msza święta, syn elegancko poszedł w procesji na wejście, zajął miejsce między innymi ministrantami i doczekał do chwili rozdawania Komunii świętej. Otrzymał patenę i wykonywał swoje zadanie jak umiał najdokładniej, a rzecz wcale nie była taka łatwa z powodu znacznej różnicy wzrostu między nim, a przyjmującymi do serca Pana Jezusa w postawie stojącej (Komunia była udzielana pod dwoma postaciami). Gdy podeszliśmy z żoną, aby przyjąć Pana Jezusa był tak zaangażowany w wykonywanie swojego zadania, że nawet cień uśmiechu nie pojawił się na jego ustach. ;-)

Po wszystkim przyszedł do mnie i zapytał:
- I jak tatusiu?
- Pięknie! Jestem z ciebie dumny! - odpowiedziałem szczerze, mając świadomość, że jeszcze wiele rzeczy ciągle wymaga poprawy.

I taka myśl pojawiła mi się w głowie:
- Czy mogłoby się to wydarzyć, gdybyś swojego urlopu nie spędzał na rekolekcjach?
- Pewnie nie... Nie... Nie ma szans. - odpowiedziałem sobie zgodnie z prawdą.

Rekolekcje to piękny czas, kiedy syn (pozostałe dzieci też oczywiście) ma okazję zobaczyć chłopaków, z którymi w ciągu dnia gra w piłkę, jak są ministrantami. Widzi ich rodziców codziennie w kaplicy rekolekcyjnej, jak służą do mszy świętej, jak czytają czytania, jak śpiewają psalmy, jak przynoszą dary do ołtarza. I taki obraz żywego, radosnego, młodego Kościoła utrwala się w jego sercu jako czegoś normalnego. Bo czy tak nie powinno być na wszystkich mszach świętych w naszych parafiach, nawet tych w ciągu tygodnia?




Thursday, July 20, 2017

Syn mądry słucha karcenia ojca

Wiele razy zastanawiałem się jak Pan Bóg przemawia do człowieka XXI wieku. I pewnie odpowiedzi na to pytanie jest tyle ile osób na świecie, gdyż Pan Bóg stara się dotrzeć do każdego z nas przeróżnymi sposobami. Zarówno tymi "utartymi" jak i tymi niepowtarzalnymi, stworzonymi pod konkretnego człowieka. Z tych utartych jednym z najbardziej powszechnych jest chyba Pismo Święte. Dziś więc i ja postaram się dać tutaj swoje świadectwo.

Czas wakacji spędzanych na rekolekcjach jest pełen wrażeń. I nowe miejsca, i nowi ludzie, i nowe sytuacje... Wczoraj wieczorem mieliśmy dzień, w którym ogłaszaliśmy Jezusa Chrystusa naszym Panem i Zbawicielem. Piękna liturgia została zakończona procesją z zapalonymi świecami nad pobliski górski strumyk. Tam odbyło się krótkie nabożeństwo wody i ognia - symboli odnoszących się do Boga i jego działania w naszym życiu. Troszkę wiało, więc trzymana przeze mnie świeca, co raz upuszczała kropelkę roztopionego wosku na ziemię. No i najstarszy syn wymyślił zabawę, aby podstawiać dłoń i aby wosk na nią kapał. Mówię raz - Nie rób tak. Pomaga tylko na chwilę. Gdy ona mija, znów ręka ląduje pod świecą. Zabraniam drugi raz. Bez rezultatu. Potem trzeci, czwarty i piąty. Nie bardzo jest możliwość zreprymendowania syna, kiedy trzyma się w ręce świecę. Kiedy wracamy do pokoju i gaszę świecę, reprymendę zamieniam na karę - Z powodu swojego nieposłuszeństwa, nie możesz wyjść pograć sobie w piłkę. Już się ściemniało i pora była do spania, więc i bez kary takiego pozwolenia syn by nie otrzymał, natomiast cała sytuacja posłużyła do przekazu - nieposłuszeństwo skutkuje ukaraniem.

No i zaczęły się spazmy żałości i wyrzutów wobec taty. Jaki to ja jestem niesprawiedliwy, jacy to inni tatusiowie są fajni i tak dalej, i tak dalej... Swoją drogą kreatywność dziecka w tym temacie jest naprawdę godna podziwu. Oto przykład:
- Obiecałeś mi, że po mszy świętej pójdę do kolegów a teraz łamiesz obietnicę.
- Nieprawda, nic nie obiecywałem. Powiedziałem jedynie, że być może wieczorem jeszcze będzie okazja do pogrania sobie w piłkę, ale przez twoje zachowanie masz karę i już.
I zaraz następuje szybka zmiana strategii.
- Ja obiecałem kolegom, że przyjdę i teraz na mnie na pewno czekają.
- Synku, moje słowo jest ważniejsze niż twojej obietnice, ponieważ słowo rodziców jest ponad obietnicami dzieci. Dzieci mają być posłuszne rodzicom i twoi koledzy o tym doskonale wiedzą.

Dzieci umyły się, przebrały w piżamki, zapaliliśmy świecę, uklęknęliśmy do wieczornej modlitwy.
I tu kilka zdań dopowiedzenia. Od pewnego czasu po wspólnej modlitwie z wszystkimi dziećmi następuje część jedynie z najstarszym synem. Jest to spowodowane przyjęciem szkaplerza i duchową adopcją dziecka poczętego. Jednym z elementów duchowej adopcji jest jakaś dodatkowa praktyka religijna. W naszej rodzinie wybraliśmy codzienne czytanie Pisma Świętego. Technicznie robimy to w ten sposób, że syn otwiera Pismo Święte na losowej stronie po czym zamyka oczy i palcem wskazuje jakieś miejsce. Wybrany w ten sposób fragment czytam na głos. 
Gdy przyszedł ten moment, podałem synkowi Biblię. Był półmrok, ale po otwarciu "na chybił-trafił" syn wskazał palcem na fragment strony, a ponieważ był tam duży numer 13, powiedział"
- Tu. Trzynaście.
Była to Księga Przysłów i pierwszy werset trzynastego rozdziału brzmiał:
"Syn mądry słucha karcenia ojca".

Przeczytałem ten wers raz, potem drugi i trzeci nie dowierzając własnym oczom. Wręcz wzruszyłem się. Przytuliłem mocno synka mówiąc:
- Kocham cię i chcę, abyś wyrósł na posłusznego Bogu człowieka. I właśnie dlatego czasem wymierzam ci karę.
- Kocham cię tatusiu, bardzo cię przepraszam - odpowiedział tuląc się do mnie.

I jak tu nie podzielić się tak niesamowitym działaniem Ducha Świętego?