Wednesday, December 6, 2017

Roraty - dla Maryi kwiaty

Jest coś niezwykłego w okresie adwentu. Jeżeli ten czas oczekiwania na Boże Narodzenia jest dobrze przeżyty, powinien wydać dorodne owoce. A w przygotowaniu z pomocą przychodzą roraty - Msze święte ku czci Matki Bożej. I dziś chciałbym napisać kilka słów właśnie na ich temat w kontekście wychowywania naszych dzieci do świętości.

Bo tak naprawdę niesamowite jest to, w jaki sposób co roku kolejne nasze dzieci wciągają się w roraty. Choć to chyba nie najszczęśliwsze określenie. Raczej powinienem napisać, że niesamowite jest działanie Maryi, która co roku kolejne nasze dzieci, w sobie tylko znany sposób, zachęca do uczestnictwa w tych Mszach świętych.

Trzy lata temu najstarszy syn był na paru takich porannych Eucharystiach. Rok później na drzwiach przy naszym salonie po raz pierwszy zawisła plansza roratnia, gdzie były naklejane obrazki zaświadczające o uczestnictwie syna na kolejnych roratach. Była prawie pełna. I pamiętam, że najstarsza córka też sporadycznie do nas dołączała. W zeszłym roku zawisły już dwie plansze i były skrzętnie wypełniane. Niestety jakoś w połowie adwentu przyplątała się do naszej rodziny choroba i od tego czasu plansze pozostały już puste. Najmłodsza córka natomiast, pomimo że nie miała swojej planszy, mogła pochwalić się uczestnictwem w kilku roratach. W tym roku na drzwiach wiszą już trzy plansze. Jak na razie cała najstarsza trójka dzielnie rano wstaje. Gdy podchodzę do łóżka każdego z nich, delikatnie budzę i pytam:
- Idziesz dziś do Pana Jezusa na roraty?
to pomimo rozespania słyszę niezmiennie:
- Tak, idę.
Następuje proces ubierania się (tu ciągle potrzebna jest nasza pomoc) i wkrótce z lampionami w dłoni jedziemy do kościoła. Jeszcze kwestia punktualności jest na pewno do poprawienia, bo ciągle to trwa troszkę zbyt długo, ale i tak jestem pod wielkim wrażeniem naszych dzieci, a przede wszystkim ich chęci.

Na pewno ma znaczenie to, że jedno z rodzeństwa mobilizuje drugie. Na pewno istotnym elementem są lampiony, które mogą zabrać ze sobą i zapalić w kościele. Na pewno kluczowe jest to, że co roraty otrzymują obrazek, który sami naklejają na swoje roratnie plansze. Na pewno ma wpływ fakt, że na te poranne Msze święte przychodzą inne dzieci. Z pewnością ważne jest także to, że te spotkania z Bogiem opatrzone są pięknym śpiewem oraz ciekawym roratnim kazaniem dla dzieci. Ale to wszystko ciągle wydaje się za mało, aby wytłumaczyć tę chęć porannego wstawania i przychodzenia do Jezusa i Maryi. Gdyby bowiem to było takie proste, to by kościoły w całej Polsce pękały w szwach. A tak niestety nie jest. Dlatego właśnie wierzę mocno, że za tym wszystkim stoi Maryja. Nasza ukochana niebieska mamusia, która co rano wysyła swoich posłańców - aniołów, aby odganiały od naszych dzieci demona lenistwa - fizycznej ociężałości i duchowego zniechęcenia. Dopiero dzięki takiej łasce, dzięki takiemu wsparciu są w stanie przemóc zaspanie, wstać i wybrać się do domu Bożego. A ich uczestnictwo, nawet jak okraszone jest ziewnięciem tu i ówdzie, chyba można porównać do ofiarowywania Maryi kwiatów. Kwiatów, którymi z radością może w naszym imieniu przyozdobić ołtarz Boga w niebie. :-D

Dziękujemy Ci Maryjo!


Sunday, December 3, 2017

Gdzie są ci, których ci dałem? - O Bogu w edukacji

Ot takie wydarzenie sprzed paru dni. Z kartonu książek najmłodszy synek wyciąga jedną i zaczyna ją przeglądać. Przez głowę przechodzi mi myśl: -W tej książce pewnie nie ma żadnych obrazków, więc pewnie szybko się nią znudzi. Ale po chwili bojąc się, aby nie zaczął testować wytrzymałości jej kartek, wyjmuję ją z jego rąk. I chcąc sprawdzić, czy to jedynie przypadek, że z mnóstwa pozycji wybrał akurat tę, otwieram na dowolnej stronie i czytam tam, gdzie padnie mój wzrok. To ten akapit, który zaznaczyłem:





Patrzę na tytuł: "Dylematy naszych czasów" - Jacek Salij OP.
No nieźle!

Ani hitleryzmu, ani komunizmu w ich pierwotnym wydaniu w Europie już nie ma, a mimo to słowa te niewiele straciły ze swojego sensu. I tu nie chodzi o jakiś przytyk do aktualnie rządzących (bo mamy chyba najbardziej pro-katolickie rządy od 1989 roku), ale o sam system szkolnictwa, z którego Bóg został totalnie wyrugowany. Albo inaczej - sprowadzony do lekcji religii (w myśl totalitarnych zaleceń, aby Kościół kończył się w zakrystii).

Weźmy zaledwie trzy dość popularne zagadnienia historyczne:

  • Wiktoria wiedeńska
  • Cud nad Wisłą
  • Bitwa pod Monte Cassino

Czy na lekcjach historii dowiemy się komu zawdzięczał Jan III Sobieski zwycięstwo pod Wiedniem i kogo prosił o pomoc zanim dotarł z wojskami do Austrii?
"O 3.15 rankiem, 12 września 1683 r., król Jan wstał, pomodlił się, wzniósł w górę obraz Matki Bożej Częstochowskiej i dał sygnał do ataku. Mówi się, że jego żołnierze, ścierając się z Turkami w zaciekłej walce, mieli na ustach okrzyk:
«Maryjo, pomóż!»
Bitwa zakończyła się niespodziewanie wcześnie tego dnia. Po zwycięstwie, Jan III Sobieski, król Polski, oświadczył: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył.” Dzień zwycięstwa upamiętniono ogłoszeniem 12 września dniem Wspomnienia Najświętszego Imienia Maryi."
[Całość: http://www.voxdomini.com.pl/vox_art/walkaNMP.htm]

Czy ktoś wspomni o relacjach bolszewików z "Cudu nad Wisłą", kiedy pomimo tego, że ich milionowa armia, przewyższająca wielokrotnie pod każdym względem naszych obrońców przestraszyła się jakieś "zjawy", "strasznej pani", która ukazała im się podczas Bitwy warszawskiej:
"Naoczni świadkowie wydarzenia, zahartowani w boju, niebojący się ani Boga, ani ludzi, programowi ateiści, na widok postaci Maryi, groźnej „jak zbrojne zastępy”, rzucali broń, porzucali działa, tabor, aby w nieopisanym popłochu, na oślep, pieszo i konno, salwować się ucieczką. Przerażenie, jakie wywołało ujrzane zjawisko, i paniczny strach były tak silne, ze nikt nie myślał o konsekwencjach ucieczki z pola walki – karze śmierci dla dezerterów. Uciekinierzy poczuli się bezpieczni dopiero w okolicach Wyszkowa i stąd – od ich słuchaczy – pochodzą pierwsze relacje o tym wstrząsajacym wydarzeniu."
[Całość: http://www.fronda.pl/a/matka-boza-ukazala-sie-bolszewikom-w-1920-roku,55437.html]

Czy w podręcznikach znajdzie się notka, że znienawidzony przez powojennych komunistów, ikona polskiej myśli niepodległościowej - Władysław Anders, generał II Korpusu Polskiego, dowódca polskich żołnierzy w bitwie pod Monte Cassino - był to człowiek wielkiej wiary, ufający w Opatrzność Bożą? To fragment jednego z jego rozkazów skierowanych do swoich żołnierzy:
"Musimy wytworzyć swoje własne tradycje, tradycjami tymi winny być wiara w Opatrzność Boską i nasze głębokie ukochanie Kraju i Narodu. To są drogowskazy nasze codziennej pracy. Musimy zdobyć się na najwyższą energię i wysiłek. Pamiętając ciągle o tym, że mam pomścić nie tylko siebie, ale i tych naszych poległych i zmarłych Kolegów, których groby posiane są od gorącej Afryki do mroźnej Syberii."
[Całość: http://trybun.org.pl/2017/05/07/general-broni-wladyslaw-anders-wybor-pism-i-rozkazow/]

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Jak pięknie opisują to księgi Starego Testamentu łącząc wydarzenia historyczne z wiarą narodu wybranego. Izrael był blisko Boga - dobrze się wiodło. Był daleko - wiodło się źle, był uciskany przez sąsiadów, najeżdżany, uprowadzany w niewolę. Był ktoś blisko Boga, czynił rzeczy po ludzku niemożliwe. Był ktoś daleko od Boga, efekty jego pracy świadczyły przeciw niemu. I w tym temacie nic się nie zmieniło. Tylko, że nie poznajemy historii w świetle Boga, tylko na siłę staramy się wszystko wytłumaczyć po ludzku. A czego się nie da wytłumaczyć po ludzku, to się przemilcza lub ogłupia nas tworząc na siłę jakieś teorie. O ile prościej byłoby zrozumieć aktualne czasy, działania polityków, ruchy sterowane przez różne organizacje, gdyby taką Bożą miarę przykładać do wszystkiego. Ale tego się nie robi, a w szkołach nie uczy się tego typu rozeznawania. Bo przecież prościej jest kierować społeczeństwem bez Boga, ewentualnie z takim Bogiem od 10:00 do 11:00 w niedzielę...

Nie dziwmy się, więc że pomimo tego, że cenieni poeci, pisarze, artyści, odkrywcy, twórcy, naukowcy i inni "wielcy" często swoje osiągnięcia wiązali z działaniem Bożym, przez swoje dzieła i odkrycia zbliżali się do Boga, a nawet całkowicie nawracali się choćby i na łożu śmierci [przykład: https://znanichrzescijanie.wordpress.com/2013/09/03/jak-fryderyk-szopen-nawrocil-sie-przed-smiercia/], nasze dzieci stopniowo w Boga przestają wierzyć. Jak ma być inaczej, skoro nikt im o tej interakcji z Bogiem nie mówi. A my rodzice też tego nie robimy, bo albo sami tego nie jesteśmy świadomi, albo całkowicie odcinamy się od tej czynności, stwierdzając, że szkoła odpowiednio już nasze pociechy wyedukuje. Istotnie. Tak wyedukuje, że z każdym rokiem wiara w Boga będzie słabnąć, a oficjalne "pożegnanie z Kościołem" już niedługo może następować nie przy bierzmowaniu, ale przy Pierwszej Komunii świętej. Będziemy mieć społeczeństwo "wzorcowo" wyedukowanych dzieci, a jednocześnie duchową pustynię.

Dlatego, aby temu przeciwdziałać, zachęcam do jak najczęstszego włączania się w proces nauki swoich podopiecznych, zapoznawanie się z ich materiałem edukacyjnym i odpowiednie jego rozszerzanie zwłaszcza o odniesienia do Boga:

  • Szron na drzewach tak pięknie wygląda, ponieważ Bóg tak cudownie stworzył świat.
  • Kamień rzucony do góry spada, ponieważ Bóg wymyślił wiele praw, które człowiek może odkryć, opisać i mierzyć.
  • Robert Lewandowski tak pięknie gra, ponieważ Bóg obdarzył go talentem do piłki nożnej, o czym sam zaświadcza. [http://gosc.pl/doc/1926737.Lewandowski-Sukces-zawdzieczam-Bogu]
  • ...

Być może będzie to wymagało poszerzania swoich wiadomości, ale to wyjdzie jedynie na plus zarówno dla naszej wiedzy jak i wiary . :-)

My mamy o tyle prościej, że prowadząc dzieci w edukacji domowej, możemy na bieżąco właściwie ukierunkowywać ich myśli na prawdziwego Stwórcę wszystkiego, co nas otacza. I pomimo trudu, jest też wdzięczność! :-)))

Laurka wykonana spontanicznie przez najstarszego synka dla żony:



Thursday, November 30, 2017

Andrzejkom dziękujemy, czyli NIE dla wróżb

Jednym z plusów uczenia dzieci w domu jest to, że można je w naturalny sposób ochronić przed wszelkiego rodzaju antykatolickimi imprezami panoszącymi się masowo w laickich instytucjach edukacyjnych, choć zdarza się coraz częściej, że w tych katolickich również. Jedną z takich imprez są "andrzejki". Pewnie święty Andrzej apostoł za każdym razem zgrzyta w niebie zębami, jak z jego imieniem łączy się proceder wróżbiarstwa, godzący wprost w pierwsze przykazanie Boże:
"Jam jest Pan, Bóg twój! Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną."

I zanim napiszę coś więcej zadam sobie kilka pytań, jakie cisną się na usta:
- A ty, czy jako dziecko nie brałeś udział w takich zabawach?
- Brałem. Zresztą nie tylko jako dziecko.
- I lałeś wosk?
- Lałem.
- I w innych wróżbach uczestniczyłeś?
- Tak.
- I co? Jakoś żaden demon cię nie opętał?
- Nie, chyba nie.
- To dlaczego dzieciom zabraniasz tego typu frajdy?

No właśnie... Zanim jednak odpowiem na to pytanie przeprowadzę z sobą jeszcze jeden wywiad: :-)
- Ile razy w ciągu swojego dziecięcego, a potem młodzieńczego życia miałeś potrzebę serca i chwyciłeś za Pismo Święte, aby sobie je poczytać i dowiedzieć się cokolwiek o twoim Bogu?
- Nie kojarzę.
- Ile razy rozmawiałeś z Maryją albo z Jezusem jak z przyjaciółmi, zwierzając im się ze swoich problemów, pytając o radę, prosząc o kierownictwo?
- Nie pamiętam.
- Czy kiedykolwiek zależało ci na prawdziwej relacji z nimi wychodzącej poza odprawianie praktyk religijnych (chodzeniu do kościoła, w miarę codziennym odmawianiu pacierza, odmawianiu modlitw z książeczki np. różańca, okazjonalnym przyjmowaniu sakramentów itp.)?
- Chyba nigdy...

I tu jest niestety problem. Jak popatrzę wstecz, to przecież jako dziecko wcale nie byłem obojętny na Boga. Wielu uważało mnie nawet za pobożnego, bo w porównaniu z otoczeniem tak to właśnie wyglądało. Co więcej w moim sercu odkąd pamiętam był kult dla Maryi, ale... ale tak naprawdę nigdy nie wszedłem wgłąb. A pytanie, które należało sobie zadać było, jest i będzie następujące:
Kim dla mnie jest Bóg?
Szczera odpowiedź na to pytanie jest bowiem papierkiem lakmusowym tego, czy w moim życiu Boga traktuję na serio, czy nie. Czy go kocham, wierzę w Jego słowa, staram się Go naśladować, szukam Jego woli, czy jako tzw. letni katolik ślizgam się po powierzchni religijności (wspomniane już praktyki). Bo jak przyjmuję tę drugą postawę, to będę wyciągał z tego co On daje jedynie to, co mi na dany moment pasuje. I wtedy mamy tyle wersji Jezusów Chrystusów, tyle wersji "boga", ile jest wyletnionych katolików. Wtedy traktujemy Trójjedynego Boga i Jego słowa (Biblię) jedynie jako bulion, do którego dopiero wrzucamy to, co sami uznamy za stosowne:

  • Bóg przyzwalający na aborcję. 
  • Bóg pozwalający na współżycie przed ślubem. 
  • Bóg odrzucający sakrament pokuty i pojednania. 
  • ...
I tak stworzoną zupę serwujemy sobie i innym jako "uniwersalny" katolicyzm lub jeszcze ogólniej - uniwersalne chrześcijaństwo. Co więcej jesteśmy w stanie do upadłego dyskutować nad prawdziwością i trafnością wyboru dołożonych składników, nie mając pojęcia lub nie chcąc przyjąć do wiadomości, że dany składnik, choć często w zupełnie innej formie, był już w garnku. Nawet nie zadajemy sobie trudu, aby zanim zaczniemy "poprawiać", przemieszać zawartość garnka, powąchać, skosztować, zobaczyć, że jest tam już kompletna potrawa, z której ujęcie czegokolwiek, albo dołożenie jedynie popsuje smak.

Z perspektywy czasu widzę, że ja do mojego garnka wrzuciłem taki składnik:

  • Bóg odzierający się z chwały bycia jedynym wszechmogącym Bogiem, Panem czasu, Stwórcą całego wszechświata - od pojedynczego atomu, do największej galaktyki, od małej bakterii, do człowieka.

I taki zdeformowany obraz Boga miałem w sercu przez wiele lat. A przecież te słowa Starego Testamentu nigdy nie straciły nic ze swojej aktualności:
"Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań."
Tylko, że wtedy nie bardzo wierzyłem w nie... Uważałem, że Bóg nie przejmuje się wcale patrząc, jak jego dzieci zamiast przychodzić do Niego z wszelkimi problemami, zaczynają patrzyć w przyszłość poprzez wróżby. Zarówno te na poważnie, jak i te "dla zabawy". Jednak któregoś dnia Duch Święty zesłał mi łaskę "otrzeźwienia". I teraz widzę wyraźnie, że co dla nas jest zabawą, Boga może po prostu obrażać. A będąc rodzicem, nie tylko widzę, ale też w łatwy sposób potrafię sobie wyobrazić. Szybki test. Zróbmy dwa kroki do tyłu:

Niech wystąpi rodzic, którego uraduje, kiedy jego dziecko przyjdzie do niego i powie:
- Tatusiu, ale jesteś niedorajdą.
- Mamusiu, ale jesteś brzydka.
Po czym po chwili doda uśmiechając się:
- To był tylko żarcik.
Nie widzę rąk w górze...

Chcąc więc służyć Bogu, a nie Go obrażać, w naszym domu nie ma miejsca na wróżby. Nawet jak świat lansuje je w pięknym opakowaniu zabawy pełnej frajdy. Potrafię wywołać radość u naszych dzieci na tyle różnych sposobów, że nie muszę uciekać się do tych, które brudzą ich dusze. A na swoich błędach należy się raczej uczyć, a nie je wybielać i powielać . ;-)



I na koniec, dla lepszego zobrazowania jak radykalnie Pismo Święte podchodzi do kwestii wróżbiarstwa, pozwolę sobie wstawić listę cytatów, które go dotyczą:

Nie będziecie jedli niczego z krwią; nie będziecie wróżyć ani czarować. (Kpł 19, 26)

Nie będziecie się zwracać do wywoływaczy duchów ani do wróżbitów. Nie wypytujcie ich, bo staniecie się przez nich nieczystymi; Ja, Pan, jestem Bogiem waszym.
(Kpł 19, 31)

Kto zaś zwróci się do wywoływaczy duchów i do wróżbitów, by naśladować ich w cudzołóstwie, to zwrócę swoje oblicze przeciwko takiemu i wytracę go spośród jego ludu.
(Kpł 20, 6)

A jeżeli mężczyzna albo kobieta będą wywoływać duchy lub wróżyć, to poniosą śmierć. Ukamienują ich, krew ich spadnie na nich.
(Kpł 20, 27)

Niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych. Gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni, i z powodu tych obrzydliwości Pan, Bóg twój, wypędza ich przed tobą.
(Pwt 18, 10-12)

Samuel już umarł i cały lud izraelski odbył po nim żałobę, i pochowali go w Ramie, rodzinnym jego mieście. Saul zaś usunął z kraju wywołujących duchy i wróżbitów.
(1 Sm 28, 3)

Oddawali też na spalenie swoich synów i swoje córki i uprawiali czarodziejstwo i wróżbiarstwo, i całkowicie się zaprzedali, czyniąc to, co złe w oczach Pana i pobudzając Go do gniewu
(2 Krl 17, 17)

Pochodzą one z artykułu "W świetle zbliżających się «andrzejek» – czy zły duch może oddziaływać na dziecko?", który szczerze polecam również przeczytać:
https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2017/11/30/w-swietle-zblizajacych-sie-andrzejek-czy-zly-duch-moze-oddzialywac-na-dziecko/




Wednesday, November 29, 2017

Prezenty godne polecenia - Biblia w rodzinie. Ewangelia dla naszych dzieci

Dziś chciałbym zwrócić uwagę na dość ciekawą pozycję książkową, o którą warto poszerzyć domową biblioteczkę. Chodzi mianowicie o książkę: "Biblia w rodzinie. Ewangelia dla naszych dzieci".

Kiedyś zapytano papieża Benedykta XVI o jego dzieciństwo. Jedną ze wspomnianych wtedy rzeczy było przygotowanie do niedzielnej Mszy świętej, jakie miało miejsce u niego w domu już w sobotni wieczór. Cała rodzina siadała i czytała fragmenty Pisma świętego, jakie przypadały na następny dzień.

Bardzo dobry pomysł - pomyślałem. Można by go wprowadzić w życie także w naszej rodzinie. Tylko że z kilkuletnimi dziećmi trudno czytać same fragmenty Biblii, których często nie są w stanie do końca zrozumieć. A brak w rozumieniu często pociąga brak zainteresowania. Zresztą samemu także nie wszystko się pojmuje nie znając choćby tła historycznego. Zanudzać Słowem Bożym z powodu własnych braków, czy nieumiejętności w jego ciekawym przekazaniu to trochę bez sensu. Przydałaby się jakaś pomoc. I pomoc przyszła sama (czytaj człowiek jest w potrzebie, Bóg wychodzi naprzeciw). Właśnie w postaci wspomnianego dzieła Bożeny Hanusiak (aktualnie siostry Bożeny Marii Hanusiak).

Nie ma tam wprawdzie wszystkich czytań niedzielnych, a jedynie sama Ewangelia (a właściwie jej najistotniejsze fragmenty), za to do każda z nich jest opatrzona swego rodzaju komentarzem spisanym w formie rozmowy Jezusa z dziećmi. Dzieło jest niemałe, ponieważ zawiera ok. czterysta stron, ale dzięki temu jest kompletne. Odnajdziemy tam wpisy na wszystkie niedziele i najważniejsze święta dla każdego roku liturgicznego: A, B oraz C.
[Swoją drogą było to dla mnie swego rodzaju zaskoczenie, kiedy pewnego dnia dowiedziałem się, że czytania, które słyszymy w kościele w święta, nie są powtarzane co roku, ale w cyklach trzyletnich: A, B oraz C. Czytania z dnia powszedniego natomiast zmieniają się co 2 lata - cykle dwuletnie: I oraz II.]

Tak więc niniejsza książka stoi u nas w salonie na półce i staramy się do niej zaglądać przed wszelkimi świętami, aby dzięki jej treści wprowadzić dzieci w to, co usłyszą w kościele. Nie zawsze to się nam udaje, natomiast jak już się uda i weźmiemy książkę do ręki, to słucha z zaciekawieniem cała najstarsza trójka - od trzylatki, do siedmiolatka. I następnego dnia są tego dobre owoce. Dzieci bardziej koncentrują się na czymś z czym mogły się uprzednio zaznajomić - zarówno poprzez sam fragment Ewangelii, jak i komentarz do niej. A i my mamy satysfakcję, jak podczas niedzielnego czytania w kościele któreś z entuzjazmem powie np.:
- Tatusiu, mamusiu, to to samo co wczoraj czytaliśmy!
:-)

PS. Istnieje wydanie pierwszokomunijne tej książki. To ta sama książka, jedynie z dodatkową okazjonalną obwolutą.


Monday, November 27, 2017

Ewangelizujący półtoralatek

Czy półtoraroczne dziecko może ewangelizować? Albo inaczej: - Czy Duch Święty może posłużyć się takim malcem? Nasze obserwacje wskazują, że jak najbardziej...

Sytuacja z wczorajszej Mszy świętej. Z racji turnieju w piłkę nożną najstarszego syna, na niedzielne spotkanie z Panem Jezusem poszliśmy dopiero pod wieczór. A ponieważ wczoraj miała miejsce Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, wybraliśmy kościół pod tym wezwaniem, aby móc uczestniczyć w Eucharystii odpustowej. (Człowiek w takich momentach docenia jaka to wygoda, kiedy mieszka się w pobliżu dużego miasta, gdzie jest tyle kościołów, tyle możliwości... :-) ). Z całego tego wydarzenia można by kilka wątków wyłapać, ale tym razem postaram się skoncentrować tylko na jednym. Postaram się... ;-)

Usiedliśmy całą rodziną w pierwszej ławce, jak to mamy w zwyczaju. Po pewnym czasie żona z najmłodszym synkiem musiała przemieścić się na tyły kościoła, ponieważ malec zaczął wykazywać "nadmierne zaciekawienie" otoczeniem. To nie wystarczyło, więc żona wkrótce wyszła na zewnątrz. I jak sobie tak spacerowała, zauważyła za szybą jakąś panią, którą męczył kaszel. Żal się żonie zrobiło biednej pani, więc w duchu pomodliła się za nią, po czym dalej kontynuowała przechadzkę. Gdy przyszedł czas przekazywania sobie znaku pokoju, popatrzyła na synka, będącego u niej na rękach, a ten wyciągnął rękę jakby chciał ją komuś podać. Nasz najmłodszy kojarzy ten znak, bo niemalże od urodzenia chodzi z nami na Msze święte i jak tylko widzi jak sobie ludzie podają ręce, to ich naśladuje. Tym razem "dziwnym trafem" ;-) upatrzył sobie jakąś konkretną osobę. Żona nieco zdziwiona poszła w kierunku wskazywanym przez jego rączkę. Jeden krok, drugi, trzeci, dziesiąty, weszła do kościoła i podeszła do... właśnie do tej pani, za którą pomodliła się w sercu kilkanaście minut wcześniej. Synek uradowany przekazał znak pokoju. W efekcie tego owa pani ściskając jego małą rączkę odwzajemniła się przepięknym uśmiechem. Jej wyraz twarzy zmienił się o 180 stopni. Modlitwa żony została, można by rzec, natychmiast wysłuchana. Mogę się jedynie domyślić, iż w owej chwili najpiękniejszą rzeczą, jaką można było uczynić dla owej pani, było okazanie tego typu zainteresowania. Po prostu.

I to była relacja żony z wczoraj, a korzystając z okazji przytoczę jeszcze inną. Miało to miejsce podczas ostatniej niedzieli przez inicjatywą: "Różaniec do granic", czyli jakieś półtora miesiąca temu. Owego dnia uczestniczyliśmy w ofierze Mszy świętej w sąsiedniej parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła i wtedy również żona spacerowała z synem z tyłu kościoła. W którymś momencie synek wziął ulotki mówiące o "Różańcu do granic". Podszedł ni z tego, ni z owego do pewnej pani i wręczył jej jedną. Ta uprzejmie wzięła od niego ulotki i odłożyła na miejsce tłumacząc malcowi spokojnie i z uśmiechem, że powinny tam zostać. Żona widząc tak niespotykane dotąd zachowanie naszego dziecka, rozpoznała w nim palec Boży. Przecież syn nie dość, że chciał komuś wręczyć ulotkę (czego nigdy wcześniej nie robił), to chciał to zrobić konkretnej, zupełnie nieznajomej osobie, którą sobie wybrał, i do której śmiało podszedł (zupełnie pionierski ruch w jego wykonaniu). Postanowiła po Mszy świętej raz jeszcze wręczyć ową ulotkę tej pani. Gdy więc Msza św. się skończyła podeszła do owej pani, zagadała, przypomniała sytuację z kościoła, opowiedziała, że to nie jest u syna "standardowy" gest z rozdawaniem ulotek i raz jeszcze ją przekazała mówiąc, że wierzy w to, iż Maryja w sposób szczególny zaprasza ją do włączenia się w to dzieło. Pani uśmiechnęła się, podziękowała, pożegnała się i odeszła zabrawszy ze sobą ulotkę.

Ot takie dwa przykłady z ostatnich miesięcy.

Z żoną często doświadczamy oddziaływania Ducha Świętego u dzieci i przez dzieci. Nie są to może jakieś spektakularne rzeczy, za to mają miejsce niemalże każdego dnia. To raczej my - dorośli zbyt często ich nie zauważamy, nie chcemy zauważyć, albo po prostu gasimy zanim zdążą się na dobre rozpalić. I od razu nasuwa mi się refleksja: Dlaczego tak postępujemy? Dlaczego ja tak postępuję? Bo wymaga to ode mnie swego rodzaju wysiłku i postawy zmiany? Bo nie do końca współgra z powszechnie przyjętymi normami? Bo wymusza zmianę mojego sposobu postrzegania świata i bliźniego? Pewnie po trochę wszystkiego, a przecież być może właśnie te maluchy, przez czasem swoje "nietaktowne" zachowanie, stają się ostatnimi osobami, które w swojej normalności = całkowitej i niczym nieskrępowanej otwartości na Boże natchnienia są gotowe stanąć na straży prawdy. Nawet tej wymagającej. Nawet tej trudnej. Nawet tej, która jest skrzętnie latami zamiatana pod dywan. Nawet tej, która boli...



Saturday, November 25, 2017

Codzienna Msza święta również dla dzieci

Wstaję dziś rano z łóżka, aby pójść na poranną Eucharystię a tu widzę zapalone światło w korytarzu i słyszę jakieś kroki. Jakieś dziecko pewnie poszło do toalety - myślę. A tu ogromne zdziwienie - najstarsza córka siedzi w salonie zupełnie ubrana i uśmiecha się do mnie. Jak na naszą pięciolatkę to coś naprawdę niesamowitego. Jest sobota, zegar jeszcze nie wybił siódmej rano, a nasza córka sama się obudziła, wstała i ubrała... Ta sama, którą na co dzień i o 9 godzinie trudno dobudzić...
- Co się stało? - pytam.
- Nic, wstałam. - otrzymuję odpowiedź i piękny uśmiech.
- Idziesz ze mną do Pana Jezusa? - kontynuuję pytania.
- Idę. - odpowiada po chwili namysłu.
- No to ubieramy się! - zarządzam.
Ubieramy się i już po chwili jesteśmy gotowi do wyjścia. Bierzemy jeszcze ze sobą plastikową butelkę w kształcie Maryi, którą napełnimy wodą święconą, ponieważ skończyła się i w domowej kropielnicy od paru dni sucho.
(Również do poczytania: Kropielnice na nowo czas odkryć)

Na porannej Mszy świętej tłoku nie ma, ale zawsze te kilkanaście, czy kilkadziesiąt osób przyjdzie. Choć to smutne, co napiszę - myślę, że nie najgorzej wypadamy w tych statystykach w skali krajowej.

Córka cały czas stoi przy mnie - pierwszy raz w życiu jesteśmy sami razem na porannej Mszy świętej. Trochę słucha, trochę odpowiada, trochę się kręci, trochę się nudzi, ale pięknie cały czas trwa przy mnie. Jest zresztą zdecydowanie najmłodszą osobą w kościele. I w takich okolicznościach swoją obecnością musi niesamowicie radować serce Maryi, szczególnie kiedy podczas Przemienienia klęczy przede mną ze złożonymi rączkami. Kiedy jesteśmy całą rodziną w kościele, często rozpraszają się nawzajem z rodzeństwem. W takich sytuacjach jak dziś o skupienie o wiele łatwiej. Przy Komunii świętej otrzymuje dodatkowo błogosławieństwo od naszego księdza proboszcza, co zawsze jest miłym akcentem dla dziecka.
(Również do poczytania: Błogosławieństwo dzieci podczas Komunii świętej)

Po skończonej Eucharystii zaoferowaliśmy podwiezienie m.in. naszej najstarszej siostrze zakonnej i jeszcze jednej znajomej pani. Były bardzo zdziwione obecnością dziewczynki w kościele. Jak opowiedziałem im całą poranną historię, siostra przytuliła córeczkę do serca i powiedziała:
- To na pewno Jezus cię obudził i podpowiedział, abyś Go dziś odwiedziła przychodząc z tatą na Mszę świętą.

Gdy już wszyscy byliśmy w samochodzie przypomniałem sobie o wodzie święconej. Zostawiłem wszystkich w aucie, a sam pobiegłem z butelką do zakrystii. Dzięki temu mogłem zaoferować podwiezienie jeszcze jednej siostrze - nie ma jak "upiec trzy uczynki miłosierdzia na jednym ogniu". :-)

Gdy przyszliśmy do auta, zastałem "rozszczebiotaną" córeczkę, która wesoło coś opowiadała. Jeszcze zanim ruszyliśmy, usłyszałem od siostry:
- Ale pana córka pięknie się wypowiada! No niepodobna!
- Tak, to prawda. - odpowiedziałem bardzo dumny, bo istotnie pięknie się rozwija pod płaszczem Maryi. :-)))

Odwieźliśmy naszych pasażerów i zanim wróciliśmy do domu, wstąpiliśmy jeszcze do sklepu z pieczywem, gdzie z wdzięczności kupiłem córce drożdżówkę z serem (sama sobie wybrała oczywiście). Ot pięknie rozpoczęta sobota.

I na tym tle chciałbym zachęcić do zabierania dzieci na Msze święte w tygodniu. Nawet jak nie wszystko rozumieją. Nawet jak się nudzą. Nawet jak czasem psocą. My to z żoną robimy i co raz jakimś pięknym prezentem zaskoczy nas Pan Jezus. Czasem jest to jakiś niespodziewany gest dziecka, czasem jakieś jego słowo, czasem coś jeszcze innego np. jakiś miły komentarz od kogoś z boku, jak to miało miejsce dziś.

A kiedy pomimo tego diabeł zasieje w nas ziarno niepokoju, czy warto, czy to ma sens, czy aby to nie ma odwrotnego rezultatu, czy chęć dziecka na pójście z nami nie jest jedynie swego rodzaju pozoranctwem wynikającym jedynie z naszych pragnień, wtedy Duch święty przychodzi ze swoim słowem. Choćby jak to miało miejsce dwa miesiące temu (20 września dokładnie), kiedy to posłużył się wpisem na fejsbuku ks. Sławomira Kostrzewy:

"W godzinie twojej śmierci będziesz miał największe pocieszenie za uczestnictwo w licznych Mszach św., ponieważ każdą Mszę św., zabierasz ze sobą na sąd. One będę wstawiać się za tobą. Proporcjonalnie do gorliwości, z jaką w nich uczestniczyłeś, twoja doczesna kara w czyśćcu będzie zmniejszona.
Msza św. gładzi grzechy lekkie, których nigdy nie wyznałeś na spowiedzi i Szatan w ten sposób będzie osłabiony wobec ciebie.
Uczestnicząc we Mszy św., przyczyniasz się do najbardziej skutecznej pomocy duszom czyśćcowym. Jedna Msza św., w której uczestniczyłeś w czasie życia ma większe znaczenie niż wiele innych ofiarowanych za ciebie po śmierci.
Uczestnicząc we Mszy św., zostaniesz uwolniony od wielu niebezpieczeństw, nieszczęść, których w przeciwnym wypadku nie mógłbyś uniknąć.
Każda Msza św. przyczynia się do twojej chwały w niebie.Przez każdą Mszę św. będziesz mógł skrócić cierpienia dusz czyśćcowych, które czekają, byś za nie się modlił.
Uczestnicząc we Mszy św. otrzymasz błogosławieństwo kapłana, a zatem błogosławieństwo Boga, który jest w Niebie. 
Podczas Mszy św. klękasz pośród legionów aniołów, którzy z uszanowaniem obecni są na Mszy św.
Błogosławieństwo Boga zabierasz ze sobą z Mszy św., również dla twoich spraw ziemskich."
Fragmenty orędzi Jezusa i Maryi - s. Maria Natalia, Węgry (1936-1988)


Friday, November 24, 2017

Antidotum na rozwód: wspólna modlitwa

Właśnie obejrzałem sobie krótki wywiad z doktorem Jackiem Pulikowskim. Zawsze lubię go słuchać, ponieważ "mówi jak jest" w sprawach damsko-męskich. Ponadto nie boi się mówić wprost o Bogu i stara się rozpatrywać relację małżeńskie poprzez pryzmat relacji z naszym Stwórcą. Odnosząc jego słowa do naszego małżeństwa, to często rzeczy, o których wspomina, są albo już przepracowane, albo trafiają w punkt aktualnych zmagań, albo ciągle czekają na swoją kolej. Rzadko tematem są takie sprawy, które moglibyśmy uznać, że nas w ogóle nie dotyczą.

W już wspomnianym wywiadzie pan Jacek mówi o efektach codziennej wspólnej modlitwy. Pozwolę sobie przytoczyć jego słowa:
"Ja przez trzydzieści parę lat pracy z małżeństwami, nigdy, ani razu nie spotkałem małżeństwa, które się codziennie modliło i się rozpadło. Trudności były najróżniejsze, ale każde z nich przetrwało. Owszem, były takie co się modliły i przestały się modlić - odeszły od Boga, bo przykazania im przeszkadzały i się rozpadały - to tak. Ale ci, którzy z zaciśniętymi zębami nieraz mówią: «I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy», nie zasną ani razu niepogodzeni (św. Paweł mówi - niech słońce nie zachodzi nad zagniewaniem waszym), ci się nie rozwiodą."

Tę właśnie praktykę codziennej wspólnej wieczornej modlitwy stosujemy z żoną właściwie od początku naszego małżeństwa. Do niej też gorąco namawiam. Zdarzało się, że "pogodzenie" następowało o drugiej, czy trzeciej w nocy, kiedy to jakoś trudno było zasnąć... Ale następowało. I właśnie ta wspólna modlitwa jest tu swego rodzaju cudownym lekarstwem danym od Boga. A choćby i jedynie racjonalnie rzecz ujmując - czasami potrzebujemy właśnie takiego zewnętrznego impulsu (szczególnie my - mężczyźni), aby w ostateczności mieć tę "deskę ratunku" dla naszej zranionej dumy:
"Gdyby nie ta wspólna modlitwa, na pewno bym nie przeprosił",
"Gdyby nie ta wspólna modlitwa,na pewno bym tak szybko nie przebaczył".
Aczkolwiek samo napomnienie spisane przez św. Pawła powinno już wystarczyć w większości przypadków, aby nastąpiło pogodzenie się. Przytoczę je jeszcze raz:
"Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!" (Ef 4, 26)

To tyle.

Aby usłyszeć ile statystycznie razy rzadziej rozwodzą się małżeństwa poświęcające Bogu godzinę tygodniowo w niedzielę oraz codziennie choćby przez 30 sek się wspólnie modlą, zachęcam do odsłuchania całego wywiadu :-) :
https://www.youtube.com/watch?v=PN0X_PRlJ1Q

Trudno byłoby bowiem wychować do świętości dzieci, kiedy samemu poniosłyby się dotkliwą porażkę na gruncie własnego małżeństwa...