Friday, November 24, 2017

Antidotum na rozwód: wspólna modlitwa

Właśnie obejrzałem sobie krótki wywiad z doktorem Jackiem Pulikowskim. Zawsze lubię go słuchać, ponieważ "mówi jak jest" w sprawach damsko-męskich. Ponadto nie boi się mówić wprost o Bogu i stara się rozpatrywać relację małżeńskie poprzez pryzmat relacji z naszym Stwórcą. Odnosząc jego słowa do naszego małżeństwa, to często rzeczy, o których wspomina, są albo już przepracowane, albo trafiają w punkt aktualnych zmagań, albo ciągle czekają na swoją kolej. Rzadko tematem są takie sprawy, które moglibyśmy uznać, że nas w ogóle nie dotyczą.

W już wspomnianym wywiadzie pan Jacek mówi o efektach codziennej wspólnej modlitwy. Pozwolę sobie przytoczyć jego słowa:
"Ja przez trzydzieści parę lat pracy z małżeństwami, nigdy, ani razu nie spotkałem małżeństwa, które się codziennie modliło i się rozpadło. Trudności były najróżniejsze, ale każde z nich przetrwało. Owszem, były takie co się modliły i przestały się modlić - odeszły od Boga, bo przykazania im przeszkadzały i się rozpadały - to tak. Ale ci, którzy z zaciśniętymi zębami nieraz mówią: «I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy», nie zasną ani razu niepogodzeni (św. Paweł mówi - niech słońce nie zachodzi nad zagniewaniem waszym), ci się nie rozwiodą."

Tę właśnie praktykę codziennej wspólnej wieczornej modlitwy stosujemy z żoną właściwie od początku naszego małżeństwa. Do niej też gorąco namawiam. Zdarzało się, że "pogodzenie" następowało o drugiej, czy trzeciej w nocy, kiedy to jakoś trudno było zasnąć... Ale następowało. I właśnie ta wspólna modlitwa jest tu swego rodzaju cudownym lekarstwem danym od Boga. A choćby i jedynie racjonalnie rzecz ujmując - czasami potrzebujemy właśnie takiego zewnętrznego impulsu (szczególnie my - mężczyźni), aby w ostateczności mieć tę "deskę ratunku" dla naszej zranionej dumy:
"Gdyby nie ta wspólna modlitwa, na pewno bym nie przeprosił",
"Gdyby nie ta wspólna modlitwa,na pewno bym tak szybko nie przebaczył".
Aczkolwiek samo napomnienie spisane przez św. Pawła powinno już wystarczyć w większości przypadków, aby nastąpiło pogodzenie się. Przytoczę je jeszcze raz:
"Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!" (Ef 4, 26)

To tyle.

Aby usłyszeć ile statystycznie razy rzadziej rozwodzą się małżeństwa poświęcające Bogu godzinę tygodniowo w niedzielę oraz codziennie choćby przez 30 sek się wspólnie modlą, zachęcam do odsłuchania całego wywiadu :-) :
https://www.youtube.com/watch?v=PN0X_PRlJ1Q

Trudno byłoby bowiem wychować do świętości dzieci, kiedy samemu poniosłyby się dotkliwą porażkę na gruncie własnego małżeństwa...


Monday, November 20, 2017

Edukacja domowa a wola Boża

Kilka miesięcy temu zdecydowaliśmy wspólnie z żoną, że kwestii kształcenia naszych dzieci (a w konsekwencji w znacznej mierze procesu wychowania) nie będziemy jednak oddawać w "ręce systemu", ale poprowadzimy ją własnymi siłami w ramach edukacji domowej (ED) przy Bożej pomocy. I te ostatnie dwa słowa miały i cały czas mają nietuzinkowe znaczenie w podjętej decyzji. Zaufaliśmy woli Bożej i mogę napisać, że dziś już zbieramy tego piękne owoce, choć nie jest tak różowo, jak by się tego życzyło. Raczej sprawdzają się słowa św. Ignacego Loyoli:
"Doświadczenie uczy nas, że tam, gdzie napotyka się na liczne sprzeciwy, można zazwyczaj spodziewać się większych owoców."

Nie ma za bardzo możliwości, aby w miarę zwięźle opisać to wszystko, co stało u podstaw posłania do przedszkola naszego pierworodnego dziecka jako niespełna trzylatka. Gdyby to uczynić, z jednego posta wyszłaby zapewne mała książeczka. :-) Ujmę to więc tak: Musimy uderzyć się w pierś, i uznać, że był to po prostu błąd. I tu wcale nie chodzi o jakikolwiek brak kwalifikacji w kadrze przedszkola.Wręcz przeciwnie. Mieliśmy to ogromne szczęście (łaskę Bożą), że syn był prowadzony przez cudowne panie (te w habitach i te bez :-) ). Panie zarówno z wielkim sercem, jak i super przygotowaniem pedagogicznym. Po prostu teraz rozumiemy, że Bóg, który daje nam - rodzicom dar rodzicielstwa, chce, abyśmy to rodzicielstwo "przepracowali" na Jego chwałę. I ma się to objawiać zarówno w uświęcaniu się nas samych, jak i uświęcaniu naszych dzieci. Właśnie poprzez wzajemne relacje. Dziecku nic nie zastąpi czasu spędzonego z rodzicami i piszę to z całą odpowiedzialnością. Rówieśnicy są ważni, ale nie na tyle, aby spędzać z nimi niejako "na siłę" najbardziej kreatywną część każdego dnia, od poniedziałku do piątku. Wystarczy zapewnić kontakt poprzez jakieś zajęcia dodatkowe, czy spotkania przy domu, w parku, na boisku... Zresztą o ileż owocniejsze jest zainwestowanie w liczną rodzinę, która sama to zrekompensuje. Nie trudno zauważyć, że z każdym kolejnym dzieckiem ilość różnych relacji w domu zwiększa się bardzo szybko:
3 - przy jednym dziecku
6 - przy dwójce
10 - przy trójce
15 - przy czwórce i to nasz aktualny stan :-).

Myśmy niestety zaczęli tak, że bardzo szybko po narodzeniu naszego pierworodnego synka, to spotkanie z rodzicami było częstokroć zajęciem fakultatywnym, a w świat relacji wprowadzali go rówieśnicy w przedszkolu. I klapki z oczu jakoś nie chciały spaść lub spadały jedynie na krótkie momenty, ponieważ były wymierne korzyści płynące z takiej sytuacji, chociażby te finansowe, czy jeżeli chodzi o rozwój zawodowy... Tu pozwolę sobie uciąć moje refleksje i powrócić do teraźniejszości.

Kiedy jakoś na początku roku na poważnie zastanawialiśmy się z żoną, gdzie posłać naszego syna do pierwszej klasy, jakoś od razu zrezygnowaliśmy z oferty państwowych szkół. Nie chcieliśmy wrzucać dziecko w zupełnie świecki świat, kiedy była możliwość posłania go do szkoły stricte katolickiej. Taką też wybraliśmy. Tę najbliższą, co by zminimalizować codzienny trud poruszania się w krakowskich korkach. A ponieważ szkoła miała (i ma) dobrą renomę odnośnie do poziomu edukacji, nie szukaliśmy dalej. Tam też poszedł na egzaminy kwalifikacyjne i je zdał.

W międzyczasie na nowo podjęliśmy pomysł, aby posłać syna do szkoły Sternika. Przekonujące było dla nas to, że klasy nie są koedukacyjne oraz że chłopaków uczą mężczyźni. Pierwszy element sprawia, że chłopaki od wczesnych lat nie tracą w naturalny sposób zainteresowania przedmiotami, gdzie nie są w stanie rywalizować z dziewczynami (wierząc badaniom, statystyczna pierwszoklasistka, w porównaniu do swojego kolegi z ławki, jest dwa lata do przodu jeżeli chodzi o poziom rozwoju tej sfery mózgu, która jest odpowiedzialna za adaptację do aktualnego pro-dziewczęcego sposobu edukacji), drugi element natomiast jest niebywale ważny, aby chłopcy otrzymywali męskie wzorce nie tylko jak chodzi o naukę, ale po prostu - osobowe. Ze świecą szukać dziś szkoły, gdzie chłopaki, a później młodzi mężczyźni są naprawdę prowadzeni przez mężczyzn. Z reguły 70-90% kadry nauczycielskiej, to panie. Ta wg mnie patologia dzisiejszego systemu edukacji sięga nawet szkół zawodowych, gdzie w klasach 100% męskich przedmioty zawodowe wykładane są przez... panie nauczycielki. I tu zupełnie nie chodzi o umiejętności edukacyjne nauczycieli, ale o całokształt. Bóg stworzył nas mężczyznami oraz kobietami i każdej z płci dał inne dary. Tymi darami ubogacamy społeczeństwo. Jeżeli nie jest to zrównoważone w domu, w szkole, w życiu, to społeczeństwo zaczyna odczuwać dany niedobór. I zgadzam się z tymi, którzy upatrują m.in. w tym elemencie źródeł powszechnego kryzysu męskości. Bo chyba nie trzeba już nikogo przekonywać, że takowy właśnie przeżywamy i to nie tylko w naszym kraju. Zaczyna mężczyznom brakować choćby podstawowej cechy: brania odpowiedzialności. Odpowiedzialności za własne wybory, za miejsce gdzie się znajduję, za bliskich, za swoje małżeństwo, za dzieci... No ale znów wplątała się dygresja. :-) Tak więc był pomysł, żeby jednak syna posłać do szkoły Sternika. I zapewne przebiłby on koedukacyjną szkołę katolicką, gdyby nie pewna propozycja Boga...

Wręcz w sposób logicznie i po ludzku niewytłumaczalny zaczęły z niezwykłą intensywnością pojawiać się w naszym życiu odniesienia do edukacji domowej. Zarówno u mnie, jak i u żony. To w jakimś "spamie", który przychodził na skrzynkę mejlową. To w artykułach prasowych. To w dyskusjach ze znajomymi. To jako audycje w radiu. Nawet w dzień, kiedy mieliśmy pełną wątpliwości rozmowę, temat nauki dzieci w domu pojawił się w rozważaniach różańca świętego (były to akurat słowa dotyczące Jakuba, który wyrósł na posłusznego, miłego Bogu, dobrego człowieka, ponieważ był wychowywany w domu, w przeciwieństwie do swego brata Ezawa, który od dziecka więź z domem rozluźniał). To nie pierwszy raz Bóg stosuje u nas tego typu metodę, więc te wszystkie znaki potraktowaliśmy właśnie jako zaproszenie od Niego.

Zaczęliśmy się na poważnie wsłuchiwać w argumenty stojące za domową metodą uczenia dzieci. Równocześnie cały czas staraliśmy się je zbijać poprzez szukanie kontrargumentów, które zwykle okazywały się niczym niepodpartymi stereotypami wynikającymi głównie z naszej ignorancji i nieznajomości tematu - "bo dziecko nie będzie potrafiło żyć w społeczeństwie", "bo nie będzie umiało zachować się w grupie", "bo będzie gorzej wyedukowane", "bo aby kogokolwiek uczyć należy mieć doświadczenie pedagogiczne" itd. itp. ... A propos, wyjaśnienia na owe kontrargumenty, płynęły przede wszystkim z wypowiedzi doświadczonych osób od lat stosujących edukację domową na własnym podwórku. Przydały się one nie tylko wtedy, aby rozwiać nasze własne wątpliwości, ale również korzystamy z nich obecnie, kiedy słyszymy te same "wątpliwości" i trzeba na nie odpowiedzieć. Dodatkowo, słysząc je po raz kolejny, nie chwiejemy się w naszym postanowieniu i mocno wierzymy, że podjęliśmy właściwą decyzję. A decyzją tą było:
Jeżeli taka jest Twoja wola Panie, aby wprowadzić edukację domową w naszej rodzinie, to wchodzimy w to!

Pomimo podjętej decyzji i wewnętrznego przekonania, że jest ona słuszna, cały czas było trudno wcielić decyzję w czyn. Jednak Bóg był z nami w tamtych chwilach i nie przestawał dawać znaki, że to jest nasze "tak" na Jego wolę. Wybraliśmy chrześcijańską szkołę Emmanuel mocno wspierającą edukację domową. W ostatnią sobotę marca pojechaliśmy na "dzień otwarty", gdzie bardzo ciepło nas przyjęto i odpowiedziano na nasze pytania i wątpliwości co do ED. Byliśmy całą rodziną, więc zaraz potem postanowiliśmy udać się do domu Jezusa, podziękować Mu i Maryi za prowadzenie naszej rodziny i po raz kolejny zawierzyć tę sprawę. I nawet tutaj Bóg potwierdził nam naszą decyzję, ponieważ nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności okazało się, że na ową sobotę przypada Uroczystość Zwiastowania Pańskiego i w jednym z czytań padła właśnie nazwa naszej szkoły:
"Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel, albowiem Bóg z nami."

To nas ostatecznie przekonało. Niedługo potem napisałem mejla do pani dyrektor szkoły, że jednak rezygnujemy z miejsca, na które dostał się syn (właśnie odnalazłem tę korespondencję - 3 marca pisałem, że potwierdzamy, że syn będzie uczęszczał do szkoły, aby w kolejnym mejlu z 4 kwietnia poinformować, że jednak decydujemy się na edukację domową ;-)). Również zadzwoniłem do dyrektora szkoły Sternika, aby przekazać naszą decyzję.
Furtki zostały zamknięte.

Przeszły wakacje, było uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, na którym syn otrzymał pierwszy swój dokument - legitymację szkolną, było zaopatrzenie się w podręczniki, zaznajomienie się z podstawą programową, było wdrożenie w naukę i... nadszedł czas pierwszego egzaminu. Miał on miejsce w zeszłą sobotę i ten post jest niejako parę dni spóźniony, ale jakoś nie składało się, aby go napisać. Na dzisiejszej porannej Mszy świętej zrozumiałem dlaczego post miał być napisany właśnie dziś, ale wrócę do tego na samym końcu. Wracając... Nadeszła godzina 9:00 rozpoczynająca sesję egzaminacyjną. Dyrektor szkoły objaśnił co i jak i po paru minutach odprowadziłem syna na jego pierwszy taki egzamin do salki, gdzie już czekały na niego uśmiechnięte panie. Tego dnia zdawał jako jedyny ze swojego rocznika.
- Czy mogę zostać z synem? - zapytałem.
- Z reguły rodzice nie biorą udziału w egzaminach, ale jak pan czuje taką wielką potrzebę, to oczywiście może pan zostać. - usłyszałem odpowiedź.
Zrozumiałem intencje, więc poczułem wielką "niepotrzebę" zostania. ;-) Pobłogosławiłem syna, który wszedł do sali. Zamknąłem drzwi i poszedłem na świetlicę. Właściwie to snułem się z kąta w kąt. W międzyczasie raz zastukałem do drzwi, chcąc się upewnić, czy w wielkim przejęciu syn nie zapomniał o wizycie w toalecie. Akurat dość rozradowany pokazywał coś na laptopie uśmiechniętym paniom. Ten widok mnie bardzo uspokoił, a syn stwierdził, że do toalety nie musi iść. (Choć jak wracaliśmy do domu, to przyznał w aucie, że zaraz po moim zapukaniu, do toalety jednak poszedł. :-) )

Po jakieś godzinie przybiega do mnie na świetlicę syn, a zaraz za nim idą jego panie. Miny neutralne, więc w mgnieniu oka przygotowuję się psychicznie na jakieś uwagi co do efektów domowego nauczania. Słyszę jednak:
- Pana syn jest rewelacyjny! Cały zdawany materiał zaliczył bezbłędnie! Na wszystkie pytania udzielił poprawnych odpowiedzi! Pięknie się wypowiada i buduje sensowne zdania. Jest bardzo otwartym, radosnym chłopcem. Z matematyki wybiega znacznie poza poziom. Jak chodzi o zajęcia komputerowe, to nawet zna skróty klawiszowe, zresztą jak sam stwierdził - "Informatykę to mam w małym paluszku!". Jak chodzi o środowisko, to super. Mówi, iż to już ma ustalone, że jak dorośnie to będzie jeździł traktorem. (...) Szczerze gratuluje Panu takiego syna!
I ja wysłuchawszy tego wszystkiego do końca, starając się utrzymać skromną postawę na krześle z trochę spuszczoną głową, a tak naprawdę szybując z dumy gdzieś pod sufitem, pytam wreszcie:
- A jakieś obszary do poprawy?
To pytanie wprawia w lekkie zakłopotanie panią wychowawczynię.
- Eeee... Eeee... - i po chwili zastanowienia słyszę: - Czasem jak pisze jakieś zdanie, to zapomina dołożyć kropki nad "i" lub dopisać jakieś kreseczki. Można nad tym jeszcze popracować. Ogólnie ćwiczyć pisanie, żeby literki były kształtne.
- Dobrze, będziemy ćwiczyć. - obiecuję.

Wymieniliśmy jeszcze jakieś techniczne uwagi związane z aktualnym oraz kolejnym egzaminem i pożegnaliśmy się. Pograłem jeszcze trochę z synem w piłkarzyki i ping ponga na świetlicy i opuściliśmy szkołę. W samochodzie usłyszałem jeszcze od syna:
- Jak po egzaminie poszliśmy do takiego pana i on się zapytał - "No i jak poszedł egzamin - na szóstkę?", pani odpowiedziała - "Na szóstkę z plusem!". :-) (Mogę się domyślać, że po egzaminie pani wychowawczyni zaniosła arkusz egzaminacyjny dyrektorowi szkoły.)

Tak więc cieszymy się z żoną, że pomimo wielu obaw pierwszy egzamin został zaliczony. I to w taki sposób! Uznajemy to za prezent od Boga, który w ten sposób, poprzez "większe owoce", kolejny raz potwierdza nam, że dobrze rozeznaliśmy Jego wolę.
Dzięki Ci Panie! Chwała Tobie Panie!

PS. I obiecane dopowiedzenie (już ostatnie, obecuję ;-) )...
Dzisiejsze pierwsze czytanie, które miałem okazję usłyszeć rano w kościele, jakże wymownie współgra ze świeckością, z ateizmem, a coraz częściej wręcz z pogaństwem współczesnego nauczania i tego co dzieci przynoszą ze szkół. Prawdą jest, że kiedyś bożki, o których wspomina Księga Machabejska, były namacalne, więc nie było problemu z "rozróżnianiem". Dziś trzeba się czasem nieco bardziej wysilić, aby dostrzec jak diabeł je podsuwa. A robi to z jeszcze większą premedytacją w postaci świętowania helołin (halloween), fascynacji od najmłodszych już lat okultyzmem, czarami, śmiercią, ale także w sposób subtelny poprzez zabawy w horoskopy i wróżby (choćby te andrzejkowe), wiarę w czerwonego krasnala spełniającego życzenia, mani "księżniczkowego" życia bez pracy, bez trudu, bez wysiłku, czy propagowanie życia, w którym nie ma problemu, którego nie rozwiązałaby odpowiednio użyta magia. Wielu to akceptuje, są tacy, którym się to nawet podoba, ale niech nie zabraknie również i tych, którym to przeszkadza.

I właśnie do takich my się zaliczamy. Do osób, które zamiast narażać swoje dzieci na hołdowanie bożkom, chcą skierować ich myśli do prawdziwie wszechmocnego Boga przenikającego czas i przestrzeń. Boga, który w swej rodzicielskiej miłości pragnie tylko i wyłącznie szczęścia wiecznego - zarówno ich jak i naszego. A ponieważ jest On realistą i wie co nas wszystkich czeka w życiu, pragnie nas na to dobrze przygotować. I to tak przygotować, aby to On zajmował w tym dziele najważniejsze miejsce, a nie był zaledwie niepotrzebnym coniedzielnym godzinnym dodatkiem, w którą to rolę został tak szybko wepchnięty. Ale do tego potrzebuje naszych rąk. I to nie tylko naszych rąk, ale i naszej postawy, aby jak najmniej innych rąk niszczyło to, co jest budowane. A tego typu droga dążenia do świętości wymaga już swego rodzaju umierania dla tego świata. My z żoną na to poświęcenie wyraziliśmy zgodę, dzięki czemu codziennie możemy oglądać w naszej rodzinie cudowne tego efekty. Edukacja domowa jest kolejnym etapem w tej podróży. I wpatrując się w Boga, który zaskakuje nas regularnie, już widzimy, że na pewno nie ostatnim. Ale o tym już kiedy indziej... :-)))

"Wyszedł korzeń wszelkiego grzechu - Antioch Epifanes, syn króla Antiocha. Przebywał on w Rzymie jako zakładnik, zaczął panować w sto trzydziestym siódmym roku panowania greckiego. W tym to czasie wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili. Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i zaprzedali się im, aby robić to, co złe. Król wydał dekret dla całego państwa: Wszyscy mają być jednym narodem i niech każdy zarzuci swoje obyczaje. Wszystkie narody przyjęły ten rozkaz królewski, a nawet wielu Izraelitom spodobał się ten kult przez niego nakazany. Składali więc ofiary bożkom i znieważali szabat. W dniu piętnastym miesiąca Kislew sto czterdziestego piątego roku na ołtarzu całopalenia wybudowano "ohydę spustoszenia", a w okolicznych miastach judzkich pobudowano także ołtarze - ofiary kadzielne składano nawet przed drzwiami domów i na ulicach. Księgi Prawa, które znaleziono, darto w strzępy i palono ogniem. Wyrok królewski pozbawiał życia tego, u kogo gdziekolwiek znalazła się Księga Przymierza albo jeżeli ktoś postępował zgodnie z nakazami Prawa. Wielu jednak spomiędzy Izraelitów postanowiło sobie i mocno trzymało się swego postanowienia, że nie będą jeść nieczystych pokarmów. Woleli raczej umrzeć, aniżeli skalać się pokarmem i zbezcześcić święte przymierze. Oddali też swoje życie. Wielki gniew Boży strasznie zaciążył nad Izraelem." (1 Mch 1,10-15.41-43.54-57.62-64)



Monday, November 6, 2017

Niebo, piekło, czyściec

Właśnie przeżywamy szczególny czas, w którym wspominamy naszych bliskich zmarłych. Kilka dni temu obchodziliśmy uroczystość Wszystkich Świętych, kiedy to radowaliśmy się tym, że już tyle osób poprzedziło nas w drodze do nieba i teraz możemy je prosić o wstawiennictwo u Boga. Zaraz potem, następnego dnia pochylaliśmy się w zadumie nad grobami wspominając wszystkich zmarłych. Modliliśmy się znów całymi rodzinami, albo osobiście o życie wieczne dla nich, bo wierzymy, że właśnie tam podążają. Wierzymy, ponieważ jedynie wiara nam pozostaje. Czy jednak aby na pewno?

Tak jak chyba w każdym zawodzie zobowiązani jesteśmy do dokształcania się, śledzenia aktualnych trendów, interesowania się tym, co mówią eksperci, tak samo obowiązek ten dotyczy nas katolików, jeżeli chodzi o główne prawdy wiary. Do nich należą m.in. rzeczy ostateczne, czyli sąd Boży, a potem niebo, albo piekło, gdzie to pierwsze częstokroć poprzedzone jest przebywaniem w czyśćcu.

Co więc jesteśmy w stanie powiedzieć o tych trzech rzeczywistościach naszym dzieciom, jeżeli nasza wiedza zatrzyma się jedynie na coniedzielnym słuchaniu Pisma Świętego? Pewnie, że w piekle będzie "płacz i zgrzytanie zębów", że "ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało" jakie rzeczy Bóg przygotował dla nas w niebie i że czyściec to takie trochę niemiłe duchowe oczyszczenie dla tych, co za chwilę mają spotkać Boga.

A jak dziecko zapyta - "Tatusiu/mamusiu, ale jak tam jest?". Co wtedy odpowiem? Najprościej byłoby pewnie zbyć pytanie czymś w stylu - "Kochanie, tak naprawdę nikt tego nie wie.". Czy jednak naprawdę Bóg pozostawił nas jedynie na tym etapie poznania? Otóż nie! Wizje nieba, czyśćca i piekła miało wielu mistyków. W roku setnych objawień fatimskich wystarczy choćby wspomnieć dzieci z Fatimy. To właśnie im Maryja pokazała piekło i nieszczęście tak wielkiej ilości dusz, które poprzez swoje życie bez relacji z Bogiem, trochę bezwiednie tam wpadają i będą cierpieć męki w nieskończoność bez żadnej nadziei na opuszczenie tego strasznego miejsca. A skoro nasza najukochańsza Mama zaprowadziła kilkuletnie dzieci do piekła, to sprawa musi być bardzo poważna i nie wolno jej lekceważyć. Tego tematu więc nie należy, wręcz nie wolno odkładać, aż dziecko "dorośnie", bo możemy bezpowrotnie przegapić okres, kiedy jeszcze ciągle nas słucha...

Jak owe tematy poruszamy z naszymi dziećmi? Myślę, że nasz sposób jest dość prosty.
1. Niebo
Co jakiś czas zadaję następujące pytanie naszym dzieciom (najlepiej kiedy jedziemy w samochodzie, bo wtedy cała trójka najstarszych dzieci nawzajem się słyszy)
- Jak będzie wyglądało wasze niebo?
I tu dzieci zaczynają opowiadać jak będzie wyglądać ich świat, jak już umrą i spotkają się z Panem Jezusem i Maryją. Oczywiście czasem wymaga to pewnych podpowiedzi i ukierunkowania, ale dzięki temu można usłyszeć:
- Ja w niebie mam taką wielką trampolinę, że jak skaczę, to aż do chmur
- Ja w niebie mieszkam obok takiej ogromnej łąki pełnej kolorowych kwiatów, gdzie latają piękne motyle, które mają takie kolory jak kwiaty
- Ja w niebie mam taki las, gdzie zwisają takie długie słomki i z każdej z nich można pić sok o innym smaku
- Ja w niebie mam pokój, którego ściany są zbudowane z lodów i można je cały czas lizać, i wcale się nie topią
- Ja w niebie mam tor wyścigowy i kilka motorów (to oczywiście syn ;-) )
...
2. Piekło
Gdy przychodzi w różnych sytuacjach opisać piekło, czyli miejsca, gdzie idą ludzie, którzy nie kochają Boga, to wychodzimy od istoty szatana - czyli zbuntowanego anioła, który nienawidzi Boga i nie chce z Nim mieć nic wspólnego, stąd w jego królestwie nie ma nic co pochodzi od Boga. W konsekwencji tego otrzymujemy dość szybko obraz piekła:
- Bóg jest miłością, więc w piekle nikt się nie kocha, wszyscy się nie lubią.
- Bóg pragnie, abyśmy sobie nawzajem pomagali i żyli w zgodzie, dlatego w piekle nikt nikomu nie pomaga, ludzie się przezywają, kłócą, szczypią, biją (nie wychodzimy poza to, co nasi milusińscy sami są w stanie "zaprezentować" wobec siebie, kiedy jedno drugiemu nadepnie na odcisk)
- Bóg chce byśmy byli odważni, więc w piekle panuje wieczny strach i wszyscy się wszystkiego bardzo boją
- Bóg nie chce, aby nas coś bolało (mimo że w naszym ziemskim życiu z wdzięcznością przyjmuje cierpienie ekspiacyjne), więc w piekle każdy odczuwa dotkliwy ból
- Bóg nas żywi, stworzył całe smaczne jedzenie i chce, abyśmy byli syci, więc w piekle panuje straszny głód i niezaspokojone pragnienie
- Bóg jest światłem, więc w piekle panuje ciągła ciemność
- Bóg stworzył piękne zapachy, więc w piekle unosi się okropny smród
- Cokolwiek Bóg stworzył jest piękne, więc w piekle wszystko jest bardzo brzydkie i odrażające
...
3. Czyściec
Co do czyśćca, to mówimy, że to taka duchowa łazienka, gdzie każdy chce się obmyć zanim wejdzie do nieba. Dzieci doskonale to rozumieją, kiedy odnieść to do zabawy weselnej. Mniej więcej tak:
- Czy ktoś z was chciałby przyjść na wesele w brudnej sukience albo brudnej koszuli, żeby wszyscy tak go oglądali?
- Nieeeeee!!!
- A czy ktoś z was chciałby wejść na to wesele mając brudną twarz albo ręce i tak zacząć jeść obiad?
- Nieeeeee!!!
- No właśnie. Dlatego ludzie po śmierci, którzy idą do nieba, też chcą wejść tam pięknie ubrani i pięknie wyglądający. I aby takimi się stać, muszą odpokutować swoje złe czyny, które popełniali tu na ziemi. Im więcej ich było, tym dłużej będą musieli być w czyśćcu i tym bardziej to będzie bolesne szorowanie.

A jak chodzi o przykłady, które nam ludziom, zarówno dzieciom, jak i dorosłym, najbardziej przemawiają do serca i wyobraźni, to z pomocą przychodzą mistycy, którzy z łaski Bożej w sposób szczególny obcowali z duszami ludzi zmarłych (nie mylić z tzw. medium, czyli osobą, która twierdzi, że kontaktuje się z osobami po ich śmierci, a tak naprawdę jest to kontakt z demonami, które jako duchy mają pamięć absolutną i znając detalicznie całą historię świata, bez problemu mogą podszywać się pod jakiegoś zmarłego przedstawiając sprawy "tylko jemu wiadome"). W tym temacie polecam szczególnie zaaprobowana przez lokalny Kościół książkę Marii Simmy - "Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi" oraz wszelkie dzieła Natuzzy Evolo - ojca Pio w spódnicy - jak niektórzy o niej mówią.

Książka Marii do pobrania stąd:
https://wobroniewiaryitradycji.files.wordpress.com/2016/11/maria_simma-moje_przezycia_z_duszami_czysccowymi.pdf
Artykuł dot. Natuzzy Evolo do przeczytania tutaj:
https://archiwum.milujciesie.org.pl/nr/zycie_wieczne/czas_jest_krotki_1.html

Trochę się rozpisałem, pora już kończyć. Niech więc słowa Marii Simmy staną się podsumowaniem tego posta:
"Wielkie niebezpieczeństwo kryje się w tym, że współczesnemu człowiekowi za dobrze się powodzi. Musimy troszczyć się bardziej o życie wieczne, właśnie dlatego, że trwa wiecznie. Nie przywiązujmy się do spraw ziemskich, bo nic z rzeczy ziemskich nie zabierzemy ze sobą."



Saturday, October 21, 2017

Monstrancja

Przedwczoraj pisałem o nietuzinkowej kadzielnicy wykonanej przez naszego siedmiolatka, dziś chciałbym dołączyć do owego postu kolejną stworzoną rzecz: monstrancję. Nie wiem, czy to za sprawą mojego zachwytu kadzielnicą, czy przedwczorajszym różańcem przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, na którym byliśmy w parafii św. Jana Chrzciciela, zakończonego uroczystym błogosławieństwem właśnie Najświętszym Sakramentem, czy może wszystkimi poprzednimi tego typu błogosławieństwami, czy może jeszcze innym czynnikiem, w każdym bądź razie wczoraj, kiedy byłem w pracy, przyszedł mms od żony, a w nim zdjęcie, którego fragment zamieszczam poniżej. Mój komentarz był krótki:
- Brawo!!! :-)

I znów inwencja synka zaskoczyła zarówno żonę, jak i mnie. Podstawka z naciętej tekturki po zużytej rolce papieru toaletowego, włożone w nią przezroczyste, foliowe opakowanie na płytę CD (zakoszone z mojego biurka, bo płyta została w laptopie i zapomniałem w porę sprzątnąć opakowanie ;-) ), promienie wycięte z papieru i połączone przy pomocy kleju z foliowym opakowaniem i dodatkowo drewniany krążek, który od miesięcy gdzieś się przewracał w moim gabinecie. Jedyną podpowiedzią żony było usztywnienie całej konstrukcji. Zostało to wykonane przez włożenie do opakowania po płycie wyciętego prostokątnego kawałka tektury.

Efekt można jedynie podziwiać. :-D

Wielu z nas posyła swoje dzieci do przedszkoli, do szkół katolickich, które jak nigdy są potrzebne w dzisiejszych trudnych dla wiary czasach. Z reguły jednak w oferowanej edukacji realizują przede wszystkim świecki program nauczania z jakimiś, nierzadko zupełnie oderwanymi od owego programu, elementami katechezy. Mam nadzieję, że niniejszy post zachęci do jak najczęstszego wykonywania tego typu prac nie tylko w domu pod okiem rodziców, ale również na zajęciach lekcyjnych pod okiem pedagogów. Mogą one być wspaniałym wprowadzeniem do rozmowy z dziećmi o Bogu np. o Jego obecności w kawałku chleba. :-)




Thursday, October 19, 2017

Nietuzinkowa kadzielnica

Dziś zestaw mszalny naszego najstarszego syna wzbogacił się o kolejny element - kadzielnicę. Zanim napiszę cokolwiek więcej, na chwilę zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że jesteśmy znów siedmiolatkami. Że jesteśmy w naszych domach okresu dziecięcego i chcemy stworzyć, chcemy zbudować taką kadzielnicę. Z czego możemy ją zrobić? W jaki sposób? Jakimi narzędziami się posłużymy?
Gotowi na zamknięcie oczu?

Start!!!
...
ćwierć chwili
...
pół chwili
...
3/4 chwili
...
chwila minęła!

I jak? Pustka w głowie? Potrzeba więcej czasu? ;-) No to jeszcze raz: Start!
...
ćwierć chwili
...
pół chwili
...
3/4 chwili
...
druga chwila minęła!

Przyszedł do głowy już jakiś pomysł? Jak tak, to już za kilka zdań będzie go można skonfrontować z pomysłem naszego synka. Przyznam szczerze, że mi jakoś nie przyszło nic do głowy. Nasz siedmiolatek natomiast poradził sobie z tym zadaniem bezbłędnie i to w nietuzinkowy sposób. Z kuchni od mamy wziął pudełko po lodach. Z "pracowni" taty wziął taśmę malarską. Połączył te dwa elementy i powstała kadzielnica. Nie dość, że banalnie prosta, to jeszcze bardzo funkcjonalna! Wprawiona w ruch wahadłowy, naprawdę świetnie imituje prawdziwą. Jej zdjęcie zamieszczam na dole posta.

I teraz dwie sprawy...

Pierwsza to wyobraźnia dziecka, która nieskrępowana wyuczonymi szablonami zaskakuje nas rodziców = nas dorosłych na każdym kroku. Kadzielnica nie jest wcale odosobnionym przykładem. Postaram się wrzucać również inne. Dziś po prostu widok synka profesjonalnie trzymającego swoją kadzielnicę i kiwającego nią to w lewo, to w prawo, wprawił mnie w takie zdziwienie, że nie mogłem nie przelać tego na... papier. A jeszcze jak przed chwilą dołączył do tego maszerowanie dookoła dziecięcego stolika w swoim pokoju, to już w ogóle...

Druga to kwestia zafascynowania okadzaniem. Jak już swego czasu wspominałem, najczęściej zajmujemy w kościele pierwszą ławkę. Stamtąd doskonale widać co dzieje się na ołtarzu i wokół niego. Dzięki temu dzieci są w stanie zainteresować się tym, czy owym (nie ma tu jakieś reguły, co akurat przykuje ich wzrok). Przecież w pierwszych kilku latach życia z racji wieku, pełne skoncentrowanie na całej Eucharystii, czy jakimś nabożeństwie jest często fizycznie i psychicznie niemożliwe. Naprawdę nie mam pojęcia jak dziecku, które co niedzielę widzi przez godzinę jedynie plecy osób stojących, czy siedzących przed nim i w najlepszym przypadku ramiona i głowę kapłana, może podobać się Msza święta. Ile razy to wręcz współczuję dzieciom, które są w kościele karcone przez swoich rodziców za to, że z powodu znudzenia zaczynają "się wiercić". Spróbujmy sami choć raz iść do kina na film, którego fabułę nie do końca rozumiemy i zasłońmy sobie tak ekran, aby widzieć jedynie jego trzecią część. Ciekawe jak długo wytrzymamy bez ziewania. ;-)

Tak więc zachęcam, aby przełamywać się i siadać zupełnie z przodu. Nawet jak między nami a kolejną osobą w kościele będzie kilka ławek pustych. Nawet jak będziemy czuli na sobie wzrok wszystkich pozostałych wiernych. Nawet jak przyjdzie nam na oczach wszystkich znosić grymasy naszych dzieci, a nawet czasem przeżyć upokorzenie bycia rodzicem "niegrzecznych" dzieci.  Trudno. Nie od razu Rzym zbudowano. Bóg jednak na pewno dostrzeże nasze wysiłki i bardziej prędzej niż później będziemy zbierać tego dobre owoce. Owoce wyrosłe na naszym poświęceniu w wychowywaniu naszych dzieci do świętości.

Chwała Panu!

(Swoją drogą jak już padło słowo "niegrzeczne", to polecam mój pierwszy post na tym blogu: Mieć grzeczne dzieci - nie tego pragnę. Nie stracił nic ze swojej aktualności. :-D )


Saturday, September 23, 2017

Tato, zdarzył się cud

Gdyby napisać wszystkie działania Boga, które mają miejsce przez, w obecności i dla naszych dzieci, to po każdym dniu trzeba by spędzać chyba pół nocy, aby je opisywać. Ale to sprzed chwili tak mi się spodobało, że postanowiłem szybko je opisać.

Chodzi o dostrzeganie w naszym życiu codziennym owego cudownego działania Boga. I pisząc o działaniu Boga mam na myśli działanie, które być może jest za sprawą naszej ukochanej mamy Maryi, aniołów stróżów lub innych aniołów, patronów z chrztu i bierzmowania, świętych, dusz czyśćcowych, dzieci nienarodzonych... Każde bowiem ich działanie ma u źródła Boga i zawsze jest dla Niego - nigdy przeciw, bez wiedzy, czy w ogóle bez określonego celu.

Miałem do załatwienia pilną sprawę na mieście dziś rano. Wracam do domu i syn mnie wita w dość nietuzinkowy sposób:
- Tato, zdarzył się cud!
- Co takiego? - pytam, i syn zaczyna opowiadać. Bierze jakąś kolorowankę do ręki i pokazuje stając przy meblościance:
- Wczoraj jak sprzątałem, wziąłem tę książkę i chciałem ją włożyć na półkę. Było akurat miejsce, między książkami, więc próbowałem ją w nie włożyć, o tak... - i tu pokazuje jak to robił. - Ale nie mogłem, bo coś przeszkadzało. Patrzę, a tam dalej jest książeczka do odprawiania mszy świętej, której tak szukałem. To Pan Bóg sprawił cud, że ją znalazłem.

Przypadek? Jeżeli ktoś wierzy w brak istnienia Boga, to zdecydowanie tak. I wtedy jeszcze niech dołoży do tego przypadku całe tło do powyższego dialogu...

Syn lubi bawić się w odprawianie mszy świętej. Do tego używa książeczki do Eucharystii, choć na razie czytanie, powiedzmy eufemistycznie, nie idzie jeszcze zbyt dobrze. Ale książeczka musi być. Samą książeczkę kupiłem parę lat temu, już nawet nie pamiętam gdzie. Kojarzę jedynie, że zrobiłem to z tą myślą o synku, kiedy zauważyłem u niego takie zamiłowanie. Jakie były tego początki, może innym razem. No więc książeczka się zgubiła. Syn jej bezskutecznie szukał od dłuższego czasu. Właściwie to przeszukał już kilkakrotnie wszystkie potencjalne miejsca, gdzie zwykł chować książeczkę. Ostatnie poszukiwanie miało miejsce wczorajszego poranka. Szukał, prosił Jezusa o znalezienie i... nie udało się. I jak tu odprawiać mszę świętą bez tego elementu?

Po południu, gdy wróciłem z pracy, moim oczom ukazał się bałagan. A ponieważ wieczorem miałem zabrać syna na trening piłki nożnej, powiedziałem:
- Albo posprzątasz to wszystko, albo nie jedziemy.
Usłyszałem oczywiste marudzenie:
- Ale tato, przecież większość z tych rzeczy to nie ja porozwalałem.
- To prawda, ale ani z braciszkiem, ani z siostrami nie jeżdżę na treningi, więc to dobra okazja, aby nauczyć się, że każda rzecz wymaga wysiłku i nic nie ma za darmo. Oprócz miłości Boga, którą mamy za darmo - dopowiedziałem. Tę ostatnią prawdę bardzo staramy się z żoną podkreślać dzieciom, aby stosunków międzyludzkich nie przekładali na relacje z Bogiem.

I w ten sposób właśnie książeczka się znalazła. I przyznam szczerze, że byłoby trudno ją znaleźć, ponieważ, jak opowiadał syn, była dobrze schowana. Ma mniej więcej pocztówkowy format, a kolorowanki i inne książki, między którymi stała mają format A4 i A3.

No ale dla Boga, który z wielką miłością cały czas nas obserwuje, nie ma rzeczy niemożliwych. Tym bardziej, jak chodzi o taką rzecz. :-)



Saturday, September 16, 2017

O pokój na świecie - Ciebie prosimy...

Zdarzyło się w ostatni czwartek, albo środę (nie pamiętam dokładnie jak mam być szczery, ale to w sumie nieistotne), że na wieczorną mszę świętą poszliśmy sami z najstarszym synem. Usiedliśmy jak to mamy w zwyczaju w pierwszej ławce. Eucharystia została bardzo pięknie odprawiona, ale chciałbym napisać zaledwie o jej jednym fragmencie - modlitwie powszechnej.

Gdy przyszła kolej na ową modlitwę wiernych, kapłan poprosił, aby miała ona charakter spontaniczny. Innymi słowy, wierni, czyli my, mieliśmy sami wypowiadać kolejne prośby do Boga.
I tu dwa słowa wyjaśnienia:
Kościół, w którym miała miejsce celebracja ofiary Chrystusa, to była mała, drewniana kaplica zmartwychwstańców pw. Matki Boskiej Częstochowskiej (kto był w Dębkach na pewno kojarzy). Miejsce dość kameralne można by rzec. Zaledwie kilka ławek po obu stronach wąskiego przejścia pośrodku kaplicy.
Parę osób wypowiedziało swoje prośby zakańczając je wezwaniem: "Ciebie prosimy...".

Niemalże od pierwszej prośby syn szturchał mnie, abym pomodlił się także "o pokój na świecie". Ja i owszem, wypowiedziałem swoje intencje, ale jak chodzi o tę konkretną od syna, to chciałem, żeby on sam ją wypowiedział. Tym bardziej, że jak kojarzyłem, już na wcześniejszych rekolekcjach Domowego Kościoła bardzo chciał powiedzieć swoją intencję w podobnej sytuacji, ale jakoś zabrakło odwagi. Wtedy jednak były inne dzieci, które mówiły intencje. Było więc niejako łatwiej. Tutaj jedynym dzieckiem w kościele był on.

Objąłem syna i za każdym razem kiedy kolejne osoby kończyły słowami "Ciebie prosimy...", zacząłem go po cichu dopingować:
- Teraz Ty! Śmiało! Raz, dwa!
Ale ciągle słyszałem:
- Nie, ja się wstydzę. Ty tatusiu to powiedz...
Na co moja riposta była krótka:
- Ty.

I gdy po kolejnym szepcie zachęty wydawało mi się, że już nic z tego nie będzie, syn się przełamał i głośno powiedział jednym tchem:
- O pokój na świecie, Ciebie prosimy...
- Wysłuchaj nas Panie! - odpowiedziałem gromko z innymi.
Poklepałem syna w dowód uznania i szczerze uśmiechnąłem się do niego. Nie wiem kto był bardziej dumny - on, czy ja. ;-)

Gdy wróciliśmy do pokoju w domu rekolekcyjnym, opowiedziałem wszystko żonie, aby i ona mogła pochwalić naszego pierworodnego siedmioipółlatka za ten akt odwagi. A co! Niech chłopak pamięta, że jego zwycięstwa w przełamywaniu swoich barier, jego małe momenty chwały miały miejsce również w domu jego Niebieskiego Taty (a właściwie w tym konkretnym przypadku nawet Mamy)! A zawsze miło się wraca do miejsc, w których odniosło się jakiś sukces. Bo czy takie wypowiedzenie publiczne intencji nie jest sukcesem? Ilu z nas dorosłych w takiej sytuacji zdobyłoby się na odwagę oraz chęci i głośne wypowiedzenie swojej prośby wobec całego Kościoła? Ilu z nas zrobiłoby to w wieku siedmiu lat? ;-)